three am

Kategoria: Uncategorized

  • My disappointment

    Today, as I was scrolling instagram I saw an app dedicated to learn new, sophisticated words. It looked so tempting and visually beautiful so I downloaded and installed it. I was imagining how cool is it going to be to see and learn words from my wallpaper screen every day. I went through the installation process. It asked me all the questions about my level of English, my esthetics preferences, my interests, I even chose the voice and accent to read the words to me. I was getting hyped. And finally, in the last step this app shows me an amazing offer of 3 days for free before I pay $50 for it. I didn’t even got mad, but just so sad and disappointed. I felt scammed and fool. I should’ve known, I should’ve thought…

    Then comes the reflection. So there was a need within me for learning more vocabulary. And in our times driven by efficiency, meritocracy and comfort, apps are there for us. They are made to fulfill the needs and profit out of it. And my question is, do they really fulfill our needs? Or are we all pretending they do? As I stayed in that disappointment and let it unravel, I started remembering how I used to print out pages of useful vocabulary for exams, and study word by word. Wordreference and diki.pl were the two tabs that were always open in my browser. I remember how I used to write words on sticky notes, with definition and exemplary phrases and post them all around me, to keep looking at them and repeating them until they became part of my vocabulary. I would push myself to use them in my daily life, always find ways to include them in my writing, because that is the only way to actually learn – with effort, time and dedication. And I remembered how much satisfaction it used to give me. And then what happened? I kinda stopped doing it. I became ok with my level of English. I just didn’t have that need any more. And now the need is back and I thought that an app can fulfill it? I thought all process was going to revive effortlessly on my screen? I hoped for a second. I wouldn’t know because my disappointment came before anything even started. But I assume it wouldn’t have.

    Instead, I decided to fulfill that need in the old school way. I opened wordreference and as I was writing this post and searched for words like unravel and revive and used them in context, I felt a glimpse of satisfaction. My need did feel fulfilled. I didn’t need an app to do it for me. I didn’t need to consume words that appear on my screen and pretend that just by looking at them they would magically become part of me. Instead, I took my disappointment and made it into something I really needed. To be clear, I don’t think apps are complete waste. I guess that if you spend an important amount of time and dedication, they might probably do their work and be a great help. Because that is the trick in the end. Time, effort, intention and dedication. And there is just no other way around it. No shortcut. And because those are limited, we need to rearrange other things in our lives in order to engage with new ones. I like to think about it not as squeezing more into our daily life, but rather to let go of something else. I think that is a lot more realistic way of approaching a change and introducing new habits. As I found and name this new need in me, I will now try to do something about it. It took me more than an hour to write this post. I didn’t plan it, so I had to let go of work I was supposed to do. Which I will need to do anyways, but will have to let go of something else. And this is how it works. And that is the real price. And here is where we can decide what is really meaningful for us, what is worth pursuing, what really leaves us fulfilled. I feel fulfilled with that need I had for today. Disappointment is a great teacher. If we sit with it, break it apart, dig, let it speak and then take an action, make it ours. 

  • Nadmiar

    Nadmiar

    Nadmiar mam wszędzie…

    W lodówce, kupuję, nie zdążam przejeść, wyrzucam…

    W szafie, kupuję, potem czyszczę, oddaję, robię miejsce i znowu się zapełnia…

    W zabawkach, nawet nie wiem kiedy kupuję, albo inni kupują, i nagle już nie ma gdzie upchać, robię ciągle rewizję i ciągle przybywa…

    W głowie…ten jest najgorszy bo nie da się tak po prostu zobaczyć, co zawadza i wyrzucić…

    Przyznaję się, nie panuję nad ilością rzeczy jakie mnie otaczają. Wiadomo, że od czasu do czasu trzeba usiąść, zebrać się i wszystko uporządkować. Wywalić, zrobić miejsce na nowe, poukładać tamatycznie, kolorystycznie, chronologicznie…i wówczas jest miło, tak na chwilę, bo zaraz znowu następuje kolejna kumulacja…

    Najtrudniejszy do zniesienia jest chyba mentlik psychiczny, bo do niego trzeba sobie wytworzyć dyscyplinę i mechanizmy porządkowania praktycznie codziennie. Nie będę ukrywać, że dużo mojego kontaktu ze światem odbywa się przez internet. Kontakt z rodziną przez whatsapp, ze znajomymi przez instagram, czerpanie wiadomości o świecie przez social media. Już w zeszłym roku (i było to też moje noworoczne wyzwanie) zredukowałam ilość obserwowanych kont i przeniosłam się na inne media w celu zdobywanie informacji o świecie – radio i podkasty. To mi się całkiem nieźle udało. Niemniej jednak, sama formuła social mediów sprawia, że zawsze, przy każdym otwarciu coś się pojawi, otworzy nową zakładkę w głowie i zostawi w stanie czuwania, często nieświadomie. To jedno z większych wyzwań naszych czasów. Umiejętność i dyscyplina mentalnego porządkowania informacji, żeby w ogóle mieć jeszcze energię na inne ważne rzeczy i po prostu na życie. Nawet nie wiem kiedy, ale nagle mam w głowie serię nagłówków, postów, opinii, z których nic dla mnie nie wynika. Może na chwile dały mi poczucie, że wiem co się na świecie dzieje, choć tak naprawdę nie znam żadnych szczegółów. Nie umiem tego do końca połączyć w całość. Odzywają się tylko impulsy i emocje – „to dobre”, to „niedobre”, to wzbudza strach, a to daje nadzieję, i tyle. Ilość otwartych stron bez przetrawienia, bez pogłębionej refleksji, telepie się w mojej głowie tworząc chaos i podsycając niepokój (anxiety). Nie dotykam tych tematów kiedy się pojawiają, tylko je akumuluję, zużywam masę energii na tę akumulację, a to czego mi trzeba to jakiegoś ujścia, przetrawienia i domknięcia.

    Parę dni temu usiadłam przy stole z Aliną, i od słowa do słowa rozmawiałyśmy, o pracy, o kryzysach, o pomysłach na przyszłość, o filmach, o ludziach…siedziałyśmy i snułyśmy wątek po wątku, powoli od słowa do słowa – łączyłyśmy. Potem uświadomiłam sobie, że ta jedna spontaniczna rozmowa dała mi dokładnie to, czego potrzebowałam, a o czym na co dzień zapominam. W trakcie powolnej wymiany myśli, słuchania i odpowiadania – chaos układał się w całość. Udało mi się przejść przez najróżniejsze idee i wątki, które siedziały mi w głowie i zakumulowały się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wiele połączeń można znaleźć wśród nich – ta scena z filmu, z tym artykułem, z tą rozmową z tą piosenką z tym cytatem…okazało się, że moja uwaga zatrzymywała się (nawet na mikro sekundę) na podobnych wątkach, wszystko oscylowało wokół jakiejś myśli, która się powoli we mnie kreowała. Ale nie byłam w stanie jej ułożyć w całość, bo nie miałam na to czasu i miejsca. A tu nagle, pół godziny, może trochę dłużej, i jedna zaangażowana osoba, wystarczyły, żeby z chaosu wykluł się spokój, i inspiracja.

    Ja wiem, że trudno o takie miejsca i przestrzenie do spokojnej refleksji, a wiem też, że jest to absolutnie niezbędne do normalnego funkcjonowania i nie zwariowania.

    Życzę sobie i Wam, abyśmy znajdywali czas i życzliwe osoby wokół siebie, i pomagali sobie w sobie ten chaos uporządkowywać. Systematycznie domykać tematy, albo przynajmniej trochę je przetrawiać. Bo wtedy od razu lżej i jakoś wszystko inaczej wygląda. Lepiej, spokojniej i łatwiej do życia.

  • Opłatek

    Opłatek

    Święta zawsze były dla mnie ważnym momentem w roku. Szczególnie odkąd wyjechałam z Polski (14 lat temu), świąteczny obiad i gotowanie daje mi poczucie ciepła, bliskości i połączenia z tą tożsamością, która za każdym razem mnie ugruntowuje. Po latach, wiele polskości się ze mnie ulotniło. Wiele musiałam zakwestionować, porzucić, zmienić, żeby być tym kim jestem teraz. Ale świąteczny obiad to jest mój must. Od lat organizuję i gotuję dla znajomych wigilijną fiestę. Czy to będzie małe grono i parę dań, czy wielka uczta na 20 osób, wigilia zawsze być musi. Tak też jest w tym roku.

    Wczoraj usiedliśmy przy stole z pierwszą ekipą, dzisiaj będzie druga. Podwójna celebracja to wyższa szkoła jazdy, ale wartość jaką wnosi do mojego życia jest nieoceniona. W polskim sklepie udało mi się załapać na opłatek, i tak też po raz pierwszy do corocznej celebracji dołączyliśmy dzielenie się opłatkiem. I jak wielkie było moje zaskoczenie, że tak mała rzecz zrobiła taką furorę tego wieczoru, a mnie pozostawiła z refleksją.

    Za naszą namową i zaleceniem, goście przyszli baaardzo głodni. Zanim wszyscy się zebrali i zasiedliśmy do stołu, trochę czasu minęło, więc głód dawał się we znaki. Myślałam, że może już lepiej usiąść i zjeść, ale stwierdziłam, że skoro już mam opłatek to spróbujmy. Wytłumaczyliśmy na czym polega rytuał, że każdy z każdym, że łamiemy, składamy życzenia, zjadamy, itd. Parę osób się nie znało, lub nie widziało od dawna, więc przyjęli tę informację z lekkim niepokojem, acz też z ciekawością. Myślałam, że szybko pójdzie, ale okazało się, że oczekiwane „wszystkiego dobrego” (przynajmniej z mojego dawnego doświadczenia) zamieniło się w moment niezwykłego połączenia i więzi, który zaskoczył wszystkich. Poleciały niejedne łzy, wyszły emocje, a niektóre życzenia weszły na poziom niezwykle głębokich wyznań i refleksji. Było to tak piękne, że nie chciało się kończyć. Kiedy usiedliśmy do kolacji było jakoś inaczej. Jakoś bardziej, mocniej, wdzięczniej. Po kolacji usłyszałam, że był to jeden z piękniejszych momentów wieczoru, a przynajmniej bardzo piękne wprowadzenie, które nadało wyjątkowy ton. A ja zostałam z refleksją, że przecież o to chodzi w tych całych rytuałach i tradycjach. Ten moment, kiedy stoisz z kimś oko w oko, symbolicznie wymieniacie się opłatkiem i jesteś absolutnie skoncentrowana na tej osobie i tym, co ona ma do powiedzenia. I potem zmiana. Patrzysz na osobę i myślisz o tym, co ona dla ciebie znaczy i co chcesz jej od serca przekazać. I masz na to specjalny, dedykowany moment, czy to nie jest piękne? Dodatkowo, podkręceni oczekiwaniem i głodem, byliśmy w dość wrażliwym stanie, nikt do końca nie wiedział co ma mówić, jak to zrobić, więc wszyscy się postarali i dali głos prawdziwym emocjom. No i wyszło intensywnie i pięknie.

    I pomyślałam sobie, że najbardziej ze wszystkiego w życiu lubię te momenty. I że ludziom trzeba dawać czas i przestrzeń, żeby w tych momentach uczestniczyć. I że to nie są i nie muszą być wielkie rzeczy, wielkie wydarzenia zmieniające życie. To mogą być te małe rytuały i chwile, w którym jesteśmy dla siebie i dla innych. Dla tych momentów warto tę całą kolację robić. I ja wiem, że to się gdzieś zapamięta, gdzieś w ciele i dla wielu będzie Tym ważnym i pięknym wspomnieniem.

    Dzielenie się opłatkiem dla wielu ludzi (mnie włączając) nie kojarzy się z tym doświadczeniem i często jest jednym z mniej komfortowych momentów świątecznej kolacji. Kiedy trzeba wysłuchać i wycałować wujków, ciocie i inne osoby, które nic o nas nie wiedzą, złożyć uniwersalne życzenia i przejść dalej…Ale odkąd ja sama organizuję moją Wigilię, która jest całkowicie moja, a ludzie których zapraszam są dla mnie ważni, to różnica jest ogromna. Nagle dzielenie się opłatkiem to coś magicznego, co wyzwala emocje i daje wyjątkowe wprowadzenie do reszty wieczoru. Kiedy jesteś z ludźmi, z którymi chcesz być, kiedy tygodniowy maraton gotowania, choć męczący to robiony z chęci, a nie z musu, jest pretekstem do tego, żeby podzielić się z innymi częścią siebie, swojej kultury i tożsamości w najlepszym wydaniu. Kiedy wszystko nabiera sensu i choć teoretycznie to wiesz, to teraz czujesz w całym ciele po co to wszystko, po co to te rytuały. Kiedy nie możesz być z bliskimi, bo są zbyt daleko, to możesz stworzyć przestrzeń do tego, żeby tę bliskość wskrzesić. Dziś jestem wdzięczna za opłatek, którego od dawna nie praktykowałam, a teraz odkryłam na nowo. Fajnie jest brać z tradycji to, co nam robi dobrze, i robić piękne momenty.

    Dobrych, pięknych chwil Wam też życzę.

  • Motywacja jest z ciała

    Motywacja jest z ciała

    Uwielbiam ten mem.

    Przez ostatnie tygodnie coraz mniej smakuje mi kawa, a raczej, sprawia mniej przyjemności. It doesn’t hit like it used to. Jest to ogromne zaskoczenie, bo ja kawę kocham. Piję dwie kawy dziennie, dość mocne i mam zakodowane w głowie, że to mi pozwala przeżyć dzień. Ignorowałam ten stan, bo przecież jak żyć bez kawy? Co w zamian? Kawa to rytuał, przyjemność, moment na który się czeka, kop do działania. Co może mi to zastąpić?

    No ale też się trochę oszukuję, bo moje wspomnienie o kawie i tym czym zawsze była, już się trochę nie pokrywa z tym jak się czuję teraz. Łapię się na tym, że tej kawy nie dopijam, że się trochę przymuszam, że nie pozostawia mnie w stanie błogości i energii, tylko coraz częściej w napięciu i stresie. Jednak myśl o zmianie jest trudna do przyjęcia.

    Obudziłam się wczoraj o 3am, i tak sobie myślałam o nawykach i motywacji do zmian. Ponieważ lubię zmianę noworoczną, lubię rytuały i zawsze mnie emocjonuje, że zaraz zacznie się coś nowego; ale nie lubię robić tego co wszyscy w tym samym czasie; to jakoś trochę z przypadku, a trochę podświadomie, wprowadziłam w życie parę zmian już w listopadzie/grudniu. I leżąc o tej 3am, nie mogąc spać, i myśląc o tym, że ciężko mi będzie się obudzić rano bez kawy, rozłożyłam trochę moje ostatnie zmiany na części pierwsze.

    Parę tygodni temu zamieniłam 2 kawy na 1 kawę dziennie. I ku mojemu zaskoczeniu, jest mi dużo lepiej, a rytuał kawy, dzięki zmianie jest na nowo ekscytujący, bo piję ją o innej godzinie i bardziej z chęcią niż z powinności. Ta zmiana przyszła do mnie parę tygodni wstecz podczas sesji jogi. Robiliśmy serię powitania słońca w szybkim tempie, przez jakieś 10 minut i moja ukochana instruktorka kwitowała tę serię ruchów słowami

    „Teraz jesteśmy tutaj i nasze ciało buduje naszą energię – Energię do życia. Nie wysyłamy tej energii nigdzie indziej, nie marnujemy jej na myślenie o wszystkim co dookoła, nie wędrujemy myślami. Jesteśmy tu, zatrzymujemy ją dla siebie, ona dalej popycha wszystko, co w nas, to jest nasza energia do życia”

    I ja to poczułam. I poczułam każdą komórką mojego ciała, że energia do życia jest we mnie i, że jestem w stanie ją wyzwolić i wzniecić i, co najważniejsze, zatrzymać w sobie. I mogę to zawsze osiągnąć jeśli nad nią zapanuję i nauczę się nie marnować jej na rzeczy, które nie są tego warte. I tak oto, obudziłam się następnego dnia, rozłożyłam matę obok łóżka i zrobiłam jedno powitanie słońca, myśląc intensywnie o wydobyciu tej energii. I potem kolejne i kolejne. I tego ranka nie zrobiłam sobie porannej kawy, i nie cierpiałam.

    Następnego dnia, to samo, i kolejnego dnia, itd. Ale najważniejsze i najciekawsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że ta mała zmiana zupełnie nic mnie nie kosztowała. Do tego moja poprzeczka zawieszona jest niesłychanie nisko – jedna seria, dosłownie 15 sekund. I tyle. To jest tzw. mikro nawyk i póki co świetnie mi się sprawdza. Nie muszę się do niczego zmuszać, nie cierpię i nie zadaję sobie nawet pytania czy mi się chce czy nie. I praktycznie za każdym razem robię więcej niż 15 sekund, ale wiedząc, że to jest minimum, nie ma wymówek ani nawet zastanawiania się. I najlepsze jest to, że robiąc te powitania w pełnym skupieniu, rzeczywiście czuję tę energię, ona się wyzwala, za każdym razem. To jest moja motywacja. Robię, aż poczuję i robię tyle ile mi potrzeba.

    I jak sobie leżałam wczoraj o 3am i myślałam o tym, to zdałam sobie sprawę, że w motywacji i zmianie (przynajmniej u mnie to tak działa) wszystko zaczyna się od czucia. Najpierw moje ciało dawało mi znać, że potrzebuje energii, potem, że kawa już tego nie zaspokaja, a potem skupiając się i znajdując rozwiązanie na sesji jogi, poczułam, że to jest dokładnie to, czego szukałam i potrzebowałam. 2 lata w terapii też dały mi to najważniejsze narzędzie, jakim jest rozpoznawanie uczuć i stanów w ciele. Bo to właśnie nasze ciała są najlepszym i najważniejszym powodem i motywatorem do wprowadzania zmian. Czy to znaczy, że absolutnie zawsze i codziennie będę wstawać i robić jogę? Nie. Czy to znaczy, że nigdy nie wypiję drugiej kawy? No jasne, że wypiję. Ale ja szukam czegoś innego i na ten moment mi to działa – energia życiowa, która płynie ze mnie i którą jestem w stanie wzbudzić. To małe odkrycie dało ogrom satysfakcji, energii, usprawniło mój poranek i dało na nowo przyjemność z mojej jednej kawy. I przypomniało mi o tym, że nie ma większego szczęścia niż wsłuchanie się w siebie i znalezienie rozwiązań, które są idealnie dla mnie.

    To w ramach preludium do wejścia w nowy rok z nową motywacją.

  • Prezent

    Prezent

    Przyszedł ten czas. Wertując internet w poszukiwaniu prezentów, którymi chcę uszczęśliwić bliskie mi osoby, nachodzi mnie refleksja, że kiedyś z prezentami było łatwiej. Co to za ironia. Teraz, kiedy wybór jest nieograniczony i można kupić Wszystko, a do tego spersonalizować i dopasować do potrzeb, to jakoś coraz trudniej mi to przychodzi. I z jakiegoś powodu, wydaje mi się, że mam z tego coraz mniej frajdy. Co poszło nie tak?

    Po pierwsze Wybór. Wiadomo, im więcej do wyboru tym większa presja. Presja ideału. Na pewno jest coś lepszego, piękniejszego, bardziej w stylu, w lepszej cenie itd. Godziny poświęcone na research, tylko podsycają poczucie winy i świadomość, że gdzieś, zawsze znajdzie się coś lepszego.

    No, ale załóżmy, że już znalazłam. Mam dobry prezent. I co teraz? Czemu nie cieszy mnie to jak kiedyś?

    Nachodzi mnie taka myśl, że odkąd kupowanie prezentów przeniosło się do sieci i zależy od ilości przewertowanych stron internetowych i kont, coś straciliśmy. Kiedy wspominam jak dawniej robiłyśmy sobie prezenty z moimi przyjaciółkami, to najlepszą częścią każdego prezentu była historia okołoprezentowej akcji. Jak doszło do tego, że ten prezent w ogóle się pojawił lub nie pojawił? W wymyślenie, zdobycie i przywiezienie prezentu zazwyczaj zaangażowanych bezpośrednio było co najmniej 6 osób, a pośrednio znacznie więcej. Zawsze był jakiś przypał, zawsze coś poszło nie tak, zawsze była historia. I jeżeli prezent nie dotarł na czas (często) to przynajmniej fakupowi towarzyszyła wybitna historia i to wynagradzało wszystko. Ale taka historia i akcja mogą być tylko możliwe, jeżeli rzeczy dzieją się tu i teraz. Jeżeli jedzie się do sklepu, sklep się zamyka za 5 min i już nie da się nic zamówić, błaga się sprzedawcę, żeby nas przyjął, dzwoni do innych sklepów, szuka, załatwia, widząc nasze zaangażowanie inne postronne osoby też się angażują, przewracamy różne systemy do góry nogami, żeby tylko udało się na JUŻ, bo urodziny za godzinę. I tak oto, prezent, a przynajmniej dobra historią dowozi to, co w prezencie najważniejsze. Czas, zaangażowanie, stres, śmiech, cała fala adrenaliny i emocji, a to wszystko dla Tej osoby, która jest dla nas ważna. To w moim odczuciu jest najlepszy prezent.

    Myślę sobie o tym, bo mam wrażenie, że coraz mniej szczęścia sprawia mi kupowanie i otrzymywanie prezentów. Nie dlatego, że są zupełnie nietrafione, ale właśnie dlatego, że pochodzą z klików, a te coś nam odbierają. Co najbardziej cenię w prezentach? Te ważne i najlepsze prezenty, te które lubię najbardziej, to takie które w danym momencie ustanawiają i utrwalają coś w relacji. Odzwierciedlają to czym jest nasza relacja, ugruntowują to, co zbliża nas ku sobie. To może być śmiech, czułość, intelektualna wymiana, sport, sztuka, duchowe połączenie, itd. Cokolwiek to jest, jest nasze i prezent ugruntowuje nas jako relację czy grupę. Dlatego też jeszcze bardziej niż otrzymywać prezenty, lubię je dawać. Bo to dla mnie moment refleksji. Moment kiedy poświęcam komuś mój czas, i moment, żeby się zastanowić, co ta osoba dla mnie teraz znaczy, i na czym opiera się nasza znajomość? Co nas teraz łączy i trzyma ku sobie? Oczywiście to w idealnym świecie. Kiedy na wszystko ma się czas, energię i można robić tylko rzeczy ważne, potrzebne i głębokie. W praktyce, klik klik. Ale zostawiam tu tę refleksję, żeby pamiętać, co jest dla mnie ważne i dlaczego kiedyś dawanie prezentów sprawiało mi więcej radości i tęsknię za tym odczuciem.

  • Sen nocy letniej

    Sen nocy letniej

    Znowu 3am. Budzę się ze snu. To jeden z tych snów, które mocno się przeżywa. Zaczyna się tak – chcę zdawać do szkoły filmowej, gdzieś w jakimś ważnym mieście w hAmeryce. Przyjeżdżam sama. Zatrzymuję się w pokoju u dwóch młodych dziewczyn, które studiują już na tej uczelni. Są świetne, przebojowe i kreatywne. Od razu łapiemy ze sobą kontakt. Mówią mi, że na pewno się dostanę. Chcę zdawać na montaż, ale na rozmowie kwalifikacyjnej nagle okazuje się, że każą mi robić aktorską improwizację. No i stress straszny, bo ja zupełnie ani w aktorstwo ani w improwizację. Coś tam próbuję, coś wymyślam, ale wiem, że jest tragicznie. Jestem sztywna, zestresowana, zupełnie nie moja bajka. To z tych uczuć jak się stoi nago przed publicznością. Czuję zawstydzenie i upokorzenie. Nic nie wychodzi.

    Na rekrutacji jest dwóch profesorów, takich ważnych i znanych ze świata. Dodają mi inną osobę do towarzystwa i gry. Młody chłopak. Jest świetny, dużo lepiej wszystko mu wychodzi. Próbuję mu dorównać i idzie mi trochę lepiej, ale widzę i wiem, że on jest lepszy. W końcu siadamy na przeciwko profesorów i jest rozmowa. 

    Jeden z nich nagle przypomina mi mojego profesora z socjologii sprzed prawie 20 lat – Aleksandra Manterysa. To był guru od klasycznej teorii socjologicznej. Taki profesor, co wzbudzał respekt i wszyscy drżeli na egzamin ustny u niego. No i teraz siedzę na przeciwko tego profesora, zupełnie nieprzygotowana i mam się pokazać od jak najlepszej strony. Pyta się jak się nazywam. Nagle wszystko obraca się wokół mojego imienia, którego nikt nie jest w stanie wymówić. Jest zainteresowanie. Co ja tu robię? Dlaczego tutaj? Po chwili w jakiś sposób okazuje się, że  ten cały egzamin odbywa się w parku na świeżym powietrzu. Podjeżdża samochód i wychodzą z niego te dwie dziewczyny u których się zatrzymałam. Wprowadzają super atmosferę, żartują z profesorami, oni są zadziwieni, że się znamy. Miny od razu im łagodnieją, atmosfera robi się przyjazna. Nagle chodzi już o coś innego, o relacje, żarciki, o wybadanie czy się polubimy. I wychodzi na to, że raczej tak. 

    3:30 I budzę się ze snu. Nie wiem jak się skończył. Nie wiem czy się dostałam. Ale to już jest o czymś innym. Budzę się nie z lękiem i wstydem, tylko z zupełnie innym poczuciem. Z poczuciem, że znowu mam jakąś misję i plan. Że znowu mi się chce i mogę zacząć coś zupełnie nowego. Że żeby coś zacząć, nie muszę od razu się na tym znać, ani wiedzieć dokładnie, gdzie mnie to poprowadzi. Lecę na fali energii, która mnie ciągnie w nowe i nieznane.

    I budzę się z poczuciem, że wiem co jest moją siłą w życiu. To są relacje i ludzie. Ludzie, którzy mnie niosą i ich energia. Relacje to moja największa broń i siła. Zawsze stawiam je na pierwszym miejscu. Czasem to wychodzi na dobre, czasem nie, ale wiem, że warto. Bo ludzie dają mi siłę do działania. Budzę się i wiem, że jestem tą małą osóbką w wielkim kraju, którego nie do końca czuję, który ciągle jest dla mnie obcy, który ciągle nie chce mi dać pełni skrzydeł, który ciągle wstrzymuje mnie z możliwością pracy, który daje i zabiera, ale który jest moim domem. Kraj, w którym nikt nie potrafi wymówić mojego imienia, ale który mimo wszystko daje mi poczucie, że mogę iść dalej i sięgać po więcej.

    Budzę się ze snu, w którym część mnie, która od dawna jest uśpiona, dostaje nagle skrzydeł i z ekscytacją czeka na nowe. Ze strachem pod pachą, ale idę w to, bo jestem bardzo ciekawa jak ta fala się dalej potoczy. 

  • Niewypowiedziane słowa

    Niewypowiedziane słowa

    Trzecia rano, a może piąta. W sumie kto wie która godzina, którego czasu? Idę do łazienki i nagle uderza we mnie ta cisza. Może dla kogoś to nie jest oczywista cisza, bo przecież w samolocie ciszy nie ma, odgłosy silników, otwieranie, zamykanie luków, jeżdżący wózek, płaczące dziecko. No właśnie, dziecko. A raczej jego brak. To, że dziecka ze mną nie ma czuję każdą komórką swego ciała. To ciało jest trochę w alercie i niepokoju. Czegoś brakuje. Sto procent wytężonej uwagi, dotyk, dotyk, ciągła stymulacja. I nagle w tej łazience myję ręce i myślę sobie, że jestem Sama. W tym dniu wydałam z siebie zaskakująco mało słów. Nie muszę mówić. Nie muszę mówić „siadaj”, „nie dotykaj”, „załóż spodnie”, „spuść wodę”, „umyj ręce”, „tak, musisz umyć ręce”, „nie wyjdziemy jak nie umyjesz rąk”, „poczekaj”, „nie otwieraj drzwi, ja jeszcze musze zrobić siku”, „poczekaj”, „stań tutaj”, „nie dotykaj”, „no weź, nie liż tego”, „już idziemy”…to pewnie bym wypowiedziała w ciągu jednej minuty do zmęczonej, zirytowanej 4-latki, która i tak nadzwyczaj dobrze znosi 9h podróż samolotem. Tym razem tym samolotem lecę sama. Ja sama w moim bizness class. Nie no żart, ja nie potrzebuję biznes class, bo lot przez ocean bez dziecka, to jest taki poziom luksusu, którego nie da wykupić za hajsy czy punkty. 

    Cisza. Słyszę własne myśli. Nawet nie to, że nikt Do Mnie nie mówi, ale Ja sama Nic do Nikogo nie musze mówić. Co za spokój. Zaczynam kumulować słowa, myśli. Robić sobie zapas na później. Czy jest coś takiego jak dzienny limit słów? Na pewno są osoby, które są limitless, ale ja nie. Ja po pewnej ilości słów, porostu już nie mam w sobie więcej. Nie lubię mówić dla mówienia. Nie umiem w small talki i inne grzeczności. A nawet jak już umiem, to nie lubię, nie chcę. Lubię pomyśleć zanim coś powiem. Więc siedzę teraz w tej ciszy i nie mogę się nadziwić ile już niewypowiedzianych słów skumulowałam. Ile zaoszczędzonej energii! No przecież coś z tymi słowami będę musiała potem zrobić. Chyba usiądę i napiszę posta. 

  • Chwila

    Chwila

    Siedzę i czytam. Przygotowuję wpis o ucieczce z kapitalizmu, czytam teksty filozoficzne, przeglądam notatki, szukam inspiracji. Niby wszystko bez stresu, bez przymusu. Akurat mam tę chwilę, dla siebie i swojej pracy, tę chwilę na którą czekałam od wczoraj. Właśnie nastał ten wyczekiwany moment, dzieje się tu i teraz – siedzę w ciszy, mogę czytać i pisać. Za oknem pada deszcz, siedzę przy swoim biurku, piję herbatę, nikogo nie ma w domu. Idealny czas do zagłębienia się w idee, do kontemplacji, do kreowania…i co? I nic. 

    Moje wczorajsze wyobrażenie o tym jak ten moment miał wyglądać i to czym on teraz jest są diametralnie różne. W moim wyobrażeniu był to moment tak bardzo wyczekiwany, moment ekstazy, wielkich emocji, moment absolutny. Pragnienie tej ciszy i spokoju, która obejmie mnie i przeprowadzi przez chaos myśli, aby efektywnie przelać na papier wszystkie pomysły i zrobić coś pięknego w te dwie godziny wolnego i mojego czasu… To się nie dzieje. 

    Jestem tu, w tym czytaniu i pisaniu i zdaję sobie sprawę, że nic z tych rzeczy które sobie wyobrażałam się nie dzieją. Czytam i się rozpraszam, więc muszę po kilka razy czytać to samo zdanie. Piszę notatki na kartce, trochę niechlujnie, trochę nieskładnie. Nic się nie dzieje. Nic konkretnego jeszcze nie napisałam. Moje myśli są ciągle rozbiegane i nie do końca umiem złapać wątek. Nie jestem do końca pewna o czym to będzie. Nie wchodzę na wyżyny swoich możliwości, więc od razu włącza się poczucie winy, że przecież wreszcie tu jestem I CO? Czemu nie umiem sprostać mojemu idealnemu wyobrażeniu o tej chwili? Co ja robię? Czemu marnuję czas, którego jest tak mało? Mam swoje dwie godziny na tworzenie i nic się nie dzieje…

    Co o nas mówią nasze wyobrażenia? Tęsknię za uczuciem kiedy siadałam i po prostu bez planu, bez przymusu, bez niczego siadałam i czytałam albo siadałam i pisałam. I tyle. O czym jest to wspomnienie? O czynności czy o czym innym? Może to wspomnienie jakiejś beztroski i frywolności? Kiedy jeszcze umiałam w odpoczynek? Taki z prawdziwego zdarzenie. W bycie na sto procent w tym momencie, absolutna relaksacja, skupienie i odprężenie. Tego stanu, kiedy budzi się ciekawość do świata, kreatywność, czas się rozszerza, pamięć jest jak brzytwa, świat staje się bardziej intensywny i mocniej odczuwalny. W tym stanie życie się najbardziej jak się da. To co wspominam, co sobie wyobrażam to właśnie to odczucie. Odczucie, które kiedyś przychodziło jakoś łatwiej, dziś jest coraz trudniej osiągalne. Odczucie którego nie da się zaplanować i wpisać w plan dnia, a jednak takie do którego tak bardzo dążymy i pragniemy. Porzucam pracę nad wpisem, żeby zebrać myśli…

    Ta przerwa, ta chwila na odejście od zadania i przelanie dyskomfortu na inny ‘papier’, bez uprzedniego planu, zupełnie spontanicznie i bez celu, nagle na moment przenosi mnie w tę przestrzeń. Kiedy słowa same przychodzą, kiedy myśli przestają buzować w chaosie, kiedy nie mam potrzeby spoglądać na telefon w celu dystrakcji i zabicia dyskomfortu, kiedy dzieję się coś co nie miało się zdarzyć, ale nagle się wykluło i znalazło ujście. 

  • Czasem budzę się o trzeciej rano…

    Czasem budzę się o trzeciej rano…

    Nie pamiętam kiedy się to zaczęło, ale czasem przebudzam się w środku nocy, otwieram oczy, patrzę na zegar i jest trzecia rano (trzecia w nocy?). Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu odkryłam, że właśnie ta trzecia am to jest moja godzina. Tylko moja i tylko dla mnie. O trzeciej am jest cisza, cisza absolutna. Jestem tylko ja i moje niczym niezmącone myśli. O trzeciej am nie przychodzą do mnie zmartwienia, problemy, niepokoje, za to jest jasność. O tej godzinie mój umysł jest tak spokojny jak nigdzie indziej, a moje myśli są czyste, jasne i zadziwiająco poukładane. Czasem się przebudzam i nagle po prostu wiem. Coś co mnie zatrważało i przerażało przez ostatnie dni, staje się zupełnie proste. O trzeciej am układałam argumenty do moich artykułów, odpowiadałam sobie na pytania o sens życia, miłość, pracę, o trzeciej am wymyślałam nowe teorie na temat życia i stawiałam sobie nowe postanowienia. Bo ta godzina nie jest od przyziemnych rzeczy typu ‚nie wiem co ugotować na obiad?’. Ale już jest od pytań typu ‚dlaczego ciągle gotuję to samo? gdzie się podziała moje kreatywność? dlaczego gotowanie nie sprawia mi tyle przyjemności co kiedyś?’. Bo trzecia am jest moją rozmową z samą sobą, bez chaosu, bez niekończącego się natłoku myśli, bodźców i głosów, bez wahań i strachu. To moja medytacja, moja przestrzeń, czuję, że o mojej trzeciej am jestem najbardziej sobą i u siebie, nie potrzebuję nikogo i niczego, tylko siebie. I nie, nie zdarza się to codziennie. Czasem parę razy w tygodniu, czasem parę w miesiącu. Na początku było to rzadkie, do momentu aż zdałam sobie sprawę z mocy i potrzeby jaką miałam, aby tam być. Tam, czyli u siebie. Teraz kiedy się przebudzam w nocy, to wiem, że to po to.

    Nagle, w trakcie jakiejś pięknej myśli, która właśnie owładnęła mój umysł i prowadzi mnie w kierunku kolejnej iluminacji, słyszę otwierane na dole drzwi i już wiem…już wiem, że to koniec na dziś. Potem małe kroczki po schodach i bieg od schodów do drzwi sypialni. Tupot małych nóżek bardzo efektywnie kończy dywagacje o stanie mojej duszy. Trzask drzwi, wspinanie się do łóżka, a ja automatycznie odkrywam kołdrę, żeby zaraz wskoczyła po nią poczwarka z lodowatymi nóżkami, które położy na moim udzie (jak dobrze pójdzie) lub prosto na brzuchu, który jest mięciutki i ciepły, dając mi przy tym dreszcz, który przejdzie przez całe moje ciało. I tak wszystko się kończy, bo właśnie znów zmierzam się z chaosem, nie jestem już sama, a i tak jest późno więc muszę zasnąć bo za parę godzin trzeba się budzić do życia.

    Piszę, bo mój niczym nieskalany umysł z trzeciej am powiedział mi, że mam to robić. Nie mam wielkich motywów ani celów. Piszę, żeby złapać te momenty kiedy wszystko wydaje się jasne i proste, bo chcę sprawdzić, czy rzeczywiście takie może być i czy da się je przełożyć na bardziej namacalne życie. Czy myśli mogą wyjść poza ten dziwny medytacyjny, liminalny stan z trzeciej am? Postanowiłam spróbować…