Trzecia rano, a może piąta. W sumie kto wie która godzina, którego czasu? Idę do łazienki i nagle uderza we mnie ta cisza. Może dla kogoś to nie jest oczywista cisza, bo przecież w samolocie ciszy nie ma, odgłosy silników, otwieranie, zamykanie luków, jeżdżący wózek, płaczące dziecko. No właśnie, dziecko. A raczej jego brak. To, że dziecka ze mną nie ma czuję każdą komórką swego ciała. To ciało jest trochę w alercie i niepokoju. Czegoś brakuje. Sto procent wytężonej uwagi, dotyk, dotyk, ciągła stymulacja. I nagle w tej łazience myję ręce i myślę sobie, że jestem Sama. W tym dniu wydałam z siebie zaskakująco mało słów. Nie muszę mówić. Nie muszę mówić „siadaj”, „nie dotykaj”, „załóż spodnie”, „spuść wodę”, „umyj ręce”, „tak, musisz umyć ręce”, „nie wyjdziemy jak nie umyjesz rąk”, „poczekaj”, „nie otwieraj drzwi, ja jeszcze musze zrobić siku”, „poczekaj”, „stań tutaj”, „nie dotykaj”, „no weź, nie liż tego”, „już idziemy”…to pewnie bym wypowiedziała w ciągu jednej minuty do zmęczonej, zirytowanej 4-latki, która i tak nadzwyczaj dobrze znosi 9h podróż samolotem. Tym razem tym samolotem lecę sama. Ja sama w moim bizness class. Nie no żart, ja nie potrzebuję biznes class, bo lot przez ocean bez dziecka, to jest taki poziom luksusu, którego nie da wykupić za hajsy czy punkty.
Cisza. Słyszę własne myśli. Nawet nie to, że nikt Do Mnie nie mówi, ale Ja sama Nic do Nikogo nie musze mówić. Co za spokój. Zaczynam kumulować słowa, myśli. Robić sobie zapas na później. Czy jest coś takiego jak dzienny limit słów? Na pewno są osoby, które są limitless, ale ja nie. Ja po pewnej ilości słów, porostu już nie mam w sobie więcej. Nie lubię mówić dla mówienia. Nie umiem w small talki i inne grzeczności. A nawet jak już umiem, to nie lubię, nie chcę. Lubię pomyśleć zanim coś powiem. Więc siedzę teraz w tej ciszy i nie mogę się nadziwić ile już niewypowiedzianych słów skumulowałam. Ile zaoszczędzonej energii! No przecież coś z tymi słowami będę musiała potem zrobić. Chyba usiądę i napiszę posta.

Dodaj komentarz