three am

Autor: isiakk

  • Naprawianie

    Pakuję się, bo jutro lecimy do Meksyku. Toczę walkę pomiędzy minimalizmem, a starymi nawykami (na wszelki wypadek, na pewno się przyda!). Nagle, wpadł mi w oko aparat Miji. Taki wiecie, mini aparacik dla toddlera. Mia uwielbia robić zdjęcia i mamy w tym aparacie już z 600. Jakieś 50 z nich to różne ujęcia jej ulubionego jednorożca, inne 37 to stopy, buty, dziwne kadry, wiecie jak jest. Ale jest też sporo pięknych i słodkich momentów. Czasem sobie te zdjęcia przegląda i widać, że uwielbia wracać wspomnieniami do jakiegoś wyjazdu, jakiegoś momentu, to są jej wspomnienia, które przeżywa sobie po parę razy właśnie dzięki tym zdjęciom.

    Zauważyłam, że jakiś czas temu przestała robić zdjęcia. Czasem jej proponuję aparat i niby chce, ale zaraz potem go odkłada. I jakoś niedawno zdałam sobie sprawę, że to się stało mniej więcej w tym czasie, kiedy przy jakiejś zabawie urwał się „zaczep” na smycz. Niestety urwał się tak, że nie da się go ani przykleić, ani nie ma jak tej smyczy inaczej zawiesić. Ponieważ już nie może go powiesić na szyi, mieć przy sobie, to trudniej jej z niego korzystać.

    Pakuje się i patrzę na ten mały aparacik i myślę sobie, że super by go było zabrać, bo będzie mogła sobie zrobić zdjęcia z ciocią i babcią i w ogóle w Meksyku jest tyle do zapamiętania i przeżywania! No i siedzę z tą smyczą i tym aparatem i kombinuję…i serio Nie Ma Jak. Nie jestem zbyt dobra w takie rozwiązania, więc pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to może kupić nowy? To była dość tania zabawka i nie jest to nic wielkiego, więc czy warto? Ale z drugiej strony aparat świetnie działa poza tą zaczepką, więc czy chcę dokładać się do i tak wyjętego spod kontroli konsumpcjonizmu? To może po prostu sobie darować i nie brać? Ale to też nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. I nagle, rozglądam się po pokoju i mój wzrok pada na włóczkę. Myślę sobie, może mogę zrobić taki koszyczek a la macrame i doczepić tę smycz? Ale aparat jest na tyle malutki, że ta włóczka może być zbyt dominująca i zakryć wszystko razem z ekranem. Grzebię w moim koszu różnych arts&crafts i znajduję idealną nitkę, mocną i do tego brokatową, która może się nadać! No wreszcie! Nikta, która leży w koszu 10 lat PRZYDAŁA SIĘ! (LOL) Pochłania mnie projekt, bo tego typu rękodzieła lubię i zaczynam kombinować, wiązać mikro supełki, obkręcać, więcej supełków, żeby wytrzymało ilość uderzeń i wyzwań, jakie dziecięca wyobraźnia z pewnością zapoda…i oto jest! Na koniec zaczepienie smyczy i się udało! Nie jest to rozwiązanie piękne, nie jest idealne, nie wiem nawet czy zostanie zaakceptowane przez szefową, ale skutecznie rozwiązało mój problem. Bez niepotrzebnej konsumpcji, bez rezygnacji, a do tego dało mi jeszcze poczucie kreatywnej satysfakcji.

    I dało do myślenia…Jak mało w dzisiejszych czasach dajemy sobie pozwolenia i przestrzeni na kreatywne podejście do problemów. Konsumpcja jest na wyciągnięcie ręki. Zawsze można coś kupić, dokupić i zamienić. Jest to tak łatwe i relatywnie tanie, że nawet się nie zastanawiamy. I też jest to rozwiązanie najbardziej zbliżone do „ideału”. Kupić nowy aparat – czyli mieć to samo, w nienaruszonym stanie. Albo ba, nawet może już jest jakiś nowy, lepszy model? Czyli mieć coś Lepszego! Kusi, nieprawdaż? Bo przecież lepiej mieć ładne, nowe, nienaruszone, całkowicie działające. Naprawianie rzeczy, które i tak są tanie i Made in China, brzmi dość…groteskowo? Bez sensu? Strata czasu? „Spędzę więcej cennego czasu na naprawę, a i tak się zepsuje..” Inni powiedzą – kupować lepszej jakości! Droższe, „nie stać mnie na tanie rzeczy”. Ale czasem wcale nie trzeba kupować drogich rzeczy, szczególnie dla dzieci, które i tak je zniszczą, zgubią, a drogie i „dobre” rzeczy tak samo się psują.

    Wychodząc z tej gonitwy przekonań, co jest „lepsze” i jakie rozwiązanie będzie najbardziej poprawne, szybkie, efektywne, ekologiczne, edukacyjne itd., skupiam się na samej przyjemności naprawiania…A nawet bardziej na daniu sobie przyzwolenia na to, żeby usiąść, sfrustrować się (nie da się naprawić!), już prawie rzucić w cholerę, ale w końcu znaleźć rozwiązanie i zrobić po swojemu. I mieć jeszcze z tego frajdę. Bez ideologii, bez oczekiwań, że to OTO najlepsze rozwiązanie, bez myślenia co inni pomyślą i bez jakiejkolwiek oceny efektu. To, co poczułam to jakiś rodzaj zaufania do siebie. Że kiedy dam sobie czas i przestrzeń, to jestem w stanie znaleźć rozwiązanie, na swoją miarę, swoje możliwości, zaczerpnąć ze swoich zasobów i jeszcze się nim rozkoszować. Żyjąc w świecie, gdzie mamy dostęp do tylu idealnych (zewnętrznych) rozwiązań, tak mało pozostawiamy miejsca na zaufanie sobie samym – naszej kreatywności, inteligencji, intuicji i po prostu zabawie. W efekcie jest fajnie i lekko.

    Ps. Szefowa zaakceptowała i zapakowała do plecaka.

  • Zacząć od nowa

    Nie ma lepszego uczucia na świecie niż tworzenie. Kiedy czas się zatrzymuje, a Ty nie możesz przestać. Kiedy poprawiasz coś 120 razy, żeby było jak najlepsze. Kiedy szukasz godzinami idealnego rozwiązania, kiedy krew Ci buzuje z emocji, zmęczenia, ekscytacji, przerażenia i podniecenia na raz. Tak właśnie było z tym dokumentem.

    Od września zeszłego roku chodzę na zajęcia na community college z montażu i robienia filmów. Jestem właśnie po dwóch semestrach i nie mogę się doczekać kolejnych. W montażu jest coś co daje mi absolutną satysfakcję i ekscytację. Jest w tym też coś z pisania artykułów naukowych (nad którymi zawsze się męczyłam), tylko inaczej i o niebo lepiej. Przede wszystkim historia. Układanie historii, to moje absolutnie ulubione zajęcie. Szukanie, kreatywne rozwiązania, wykreślanie, zestawianie, narracja. Potem składanie, kombinowanie. Potem muzyka, szukanie emocji, jak to wszystko ułożyć, żeby dawało kopa. A możliwości jest nieskończona ilość. Składanie chaosu w historię. To jest coś absolutnie wspaniałego, najwyższy stopień kreatywności!

    To tej pory, zajmowałam się tym tylko na poziomie słowa. Kiedy robiłam swoje badania, przeprowadzałam wywiady, argumentowałam teoriami, układałam tak, żeby oddać ludzkie przeżycia jako część większej całości, większego systemu. To było zawsze trudne zadanie, ale słowo prowadziło wszystko. Dokument, to trochę to samo, ale jest zupełnie nowa forma, nowe narzędzia do przekazania historii – obraz i dźwięk! To jest jak nauka zupełnie nowego języka od podstaw. I nie chodzi tylko o naukę programu, obróbki dźwięku (oj jeszcze słabo u mnie z tym), ale to nowy rodzaj opowiadania. W obrazie można zawrzeć więcej niż w słowie. Ba, w ogóle nie trzeba słów! Co to jest za niezwykłe narzędzie!

    No i tak właśnie zaczynam. Po raz kolejny zupełnie od nowa. Nowa branża, nowa dziedzina, nowa kariera, nowe życie. I piszę o tym dlatego, żeby pokazać, że mając prawie 40 lat, można zacząć coś zupełnie nowego i można nawet mieć nadzieję i marzenie, że to może być Twój kierunek na życie. Zawsze inspirowały mnie osoby, które postanawiają zmienić wszystko i iść za pasją. I właśnie o takich osobach myślałam zapisując się na moje pierwsze zajęcia i decydując się na zrobienie tego dokumentu, po jedynie kilku miesiącach nauki montażu. Myślałam o koleżance, która była pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym przez lata, po czym zdecydowała się zacząć studia graficzne i teraz robi absolutnie przepiękne ilustracje i jest z tym i w tym szczęśliwa. Za każdym razem kiedy je oglądam, to cieszę się, że podjęła tę decyzję, bo dzięki temu mogę (i inni mogą) nacieszyć oko czymś pięknym i to mi robi dzień. Myślę o innej koleżance, która była dziennikarką i zdecydowała się podjąć studia psychologiczne i teraz jest terapeutką. Ile dobra wniesie do świata! Myślę o każdej osobie, która zamiast tkwić w czymś co ją męczy i nie daje satysfakcji, wybiera drogę nieznanego, ale twórczego działania. To jest bardzo trudna ścieżka. Iść w nieznane. To jest ogromne ryzyko. To jest samotność i strach. Dopiero, kiedy wszystko się układa społeczeństwo przystaje na Twoją decyzję. Dopiero kiedy zaczynasz odnosić sukcesy, kiedy zaczynasz zarabiać, kiedy zaczyna być stabilnie, inni akceptują Twój wybór. Bo kiedy się decydujesz, jesteś sama ze swoją decyzją, strachem i niepewnością. Więc chylę czoło wszystkim, którzy decydują się na zmiany, którzy dźwigają brzemię nieuniknionej porażki, godziny, tygodnie, lata nauki od zera, nieprzespane noce, ciągnięci marzeniem o spełnieniu i życiu dla siebie i po swojemu.

    Nie ma piękniejszego stanu niż robienie czegoś dla siebie, wsłuchanie się we własne ciało, marzenia, emocje i danie tym emocjom ujścia.

    Mój pierwszy dokument ma co najmniej kilkaset błędów. Za każdym razem kiedy go oglądam widzę kolejną rzecz do poprawki. Widzę gdzie mi coś umknęło, gdzie jest literówka, gdzie jest za głośno i gdzie kolory słabe. Gdzie mogłoby być krócej, gdzie nie wyszło do końca tak jak chciałam. Ale też daję sobie taryfę ulgową. To mój pierwszy dokument i jestem z niego dumna. Bo każda minuta, którą nad nim spędziłam była pełna emocji. Stworzyłam go od początku do końca, tak jak umiałam, jak czułam i (prawie) jak chciałam. Ze wszystkimi ograniczeniami, jakie były dookoła. Ale dowiozłam na czas i jest. I myślę, że ze wszystkimi niedociągnięciami jest piękny, i to chodziło. Bo nie ma piękniejszego stanu niż odnalezienie swojego głosu.

  • Keczap

    Do dzisiejszej myśli skłonił mnie brak. A konkretnie brak keczapu. Nie mam pojęcia jak napisać keczap (katchup, ketchup?) więc piszę jak mówię. Mam teraz wielką fazę na zapiekanki i od jakiegoś czasu próbuję różne pieczywa, sery i metody, żeby móc zrobić idealną zapiekankę. Oczywiście nie da się zrobić tak idealnej jak ta z Lussi o 3 am przy Dworcu Centralnym, ale przynajmniej taką co to zaspokoi głód i ukoi nostalgię.

    Dzisiejsza zapiekanka stanęła pod znakiem zapytania, bo oto zabrakło w domu keczapu. Nie miałam czasu, żeby jechać do sklepu, a wszystkie inne składniki były, więc zaczęłam kombinować. Jak zrobić keczap w 5 min? Albo czym go zastąpić? Znalazłam chipotle-mayo, co pewnie nie byłoby najgorszym pomysłem, ale jakoś nie było mi po drodze z eksperymentami, chciałam coś bardziej tradycyjnego, kojącego. Usmażyć i zredukować pomidory też bym mogła, ale trochę krucho z czasem, no i jednak musiałyby ostygnąć, bo jedną z ważnych cech zapiekanki jest zimny keczap, a nie gorący keczap. Różnica temperatur. No i wreszcie znalazłam! Pasta pomidorowa z Trader Joes. Organiczna, nieprzeterminowana (!) Zapiekanki weszły do piekarnika, po wyjęciu, nałożyłam pastę. Nie dało się zrobić ładnych keczapowych szlaczków, ale po rozsmarowaniu, smak był genialny! Chyba nawet lepszy niż keczap! Bardziej cierpki, kwaskowaty, no super!

    I ta cała bardzo poważna sytuacja, uświadomiła mi coś ważnego w rozważaniach na temat sztucznej inteligencji, kreatywności i pracy. LOL, już rozwijam.

    Wszystkie narzędzia sztucznej inteligencji dają nam dostęp do nieograniczonych możliwości. Możesz stworzyć absolutnie wszystko, dopasować pod siebie, dopieści każdy szczegół tak, aby jak najlepiej określał Ciebie i to, czego potrzebujesz. Ale problem polega na tym, że siedząc przed obietnicą stworzenia czegoś nowego i bez jakichkolwiek ograniczeń, popadamy w panikę. Nie mamy żadnego punktu oparcia, a świadomość, że można wszystko, jest dość paraliżująca. To nie jest narzędzie do kreatywności. To jest katorga. To totalnie zabija kreatywność. To, co tak naprawdę daje nam poczucie spełnienia i tworzenia – to nasze ograniczenia. A konkretniej, kiedy uda nam się przejść jakieś ograniczenie i zrobić coś, pomimo braku wystarczających środków, wiedzy, czy narzędzi. To prawdziwy trud daje nam prawdziwą satysfakcję. Czy byłabym tak samo szczęśliwa gdybym zjadła zapiekankę, mając do wyboru nieograniczoną ilość keczapów do spróbowania? Po pierwsze musiałabym wszystkie otworzyć, każdego spróbować po trochu, porównać, zapamiętać w którym było dobre, co złe, a na koniec i tak bym była nieusatysfakcjonowana, bo pewnie był jeszcze jakiś inny keczap, którego nie kupiłam, a który byłby najlepszy. Pułapki kapitalizmu i nadmiaru. To, co sprawiło, że moja zapiekanka była najlepsza, to to, że z braku (keczapu) i trudu (szukania zamiennika), udało mi się kreatywnie wykombinować zastępnik, który dodał do mojego doświadczenia coś zupełnie nowego. Może nie było to, aż tak zaskakujące, bo jednak pasta pomidorowa, to prawie jak keczap, ale tu chodzi o całe doświadczenie rozwiązywania problemu. To nie nieograniczone możliwości dają satysfakcję, a umiejętność kreatywnego myślenia przy braku idealnego rozwiązania. To ograniczenia są najlepszym sprzymierzeńcem kreatywności. I to one pozwalają nam poczuć to cudowne uczucie satysfakcji. Dlatego jestem z teamu, że AI to bańka, która powoli będzie pękać. Przynajmniej jeśli chodzi o kreatywność.

  • My disappointment

    Today, as I was scrolling instagram I saw an app dedicated to learn new, sophisticated words. It looked so tempting and visually beautiful so I downloaded and installed it. I was imagining how cool is it going to be to see and learn words from my wallpaper screen every day. I went through the installation process. It asked me all the questions about my level of English, my esthetics preferences, my interests, I even chose the voice and accent to read the words to me. I was getting hyped. And finally, in the last step this app shows me an amazing offer of 3 days for free before I pay $50 for it. I didn’t even got mad, but just so sad and disappointed. I felt scammed and fool. I should’ve known, I should’ve thought…

    Then comes the reflection. So there was a need within me for learning more vocabulary. And in our times driven by efficiency, meritocracy and comfort, apps are there for us. They are made to fulfill the needs and profit out of it. And my question is, do they really fulfill our needs? Or are we all pretending they do? As I stayed in that disappointment and let it unravel, I started remembering how I used to print out pages of useful vocabulary for exams, and study word by word. Wordreference and diki.pl were the two tabs that were always open in my browser. I remember how I used to write words on sticky notes, with definition and exemplary phrases and post them all around me, to keep looking at them and repeating them until they became part of my vocabulary. I would push myself to use them in my daily life, always find ways to include them in my writing, because that is the only way to actually learn – with effort, time and dedication. And I remembered how much satisfaction it used to give me. And then what happened? I kinda stopped doing it. I became ok with my level of English. I just didn’t have that need any more. And now the need is back and I thought that an app can fulfill it? I thought all process was going to revive effortlessly on my screen? I hoped for a second. I wouldn’t know because my disappointment came before anything even started. But I assume it wouldn’t have.

    Instead, I decided to fulfill that need in the old school way. I opened wordreference and as I was writing this post and searched for words like unravel and revive and used them in context, I felt a glimpse of satisfaction. My need did feel fulfilled. I didn’t need an app to do it for me. I didn’t need to consume words that appear on my screen and pretend that just by looking at them they would magically become part of me. Instead, I took my disappointment and made it into something I really needed. To be clear, I don’t think apps are complete waste. I guess that if you spend an important amount of time and dedication, they might probably do their work and be a great help. Because that is the trick in the end. Time, effort, intention and dedication. And there is just no other way around it. No shortcut. And because those are limited, we need to rearrange other things in our lives in order to engage with new ones. I like to think about it not as squeezing more into our daily life, but rather to let go of something else. I think that is a lot more realistic way of approaching a change and introducing new habits. As I found and name this new need in me, I will now try to do something about it. It took me more than an hour to write this post. I didn’t plan it, so I had to let go of work I was supposed to do. Which I will need to do anyways, but will have to let go of something else. And this is how it works. And that is the real price. And here is where we can decide what is really meaningful for us, what is worth pursuing, what really leaves us fulfilled. I feel fulfilled with that need I had for today. Disappointment is a great teacher. If we sit with it, break it apart, dig, let it speak and then take an action, make it ours. 

  • Nadmiar

    Nadmiar mam wszędzie…

    W lodówce, kupuję, nie zdążam przejeść, wyrzucam…

    W szafie, kupuję, potem czyszczę, oddaję, robię miejsce i znowu się zapełnia…

    W zabawkach, nawet nie wiem kiedy kupuję, albo inni kupują, i nagle już nie ma gdzie upchać, robię ciągle rewizję i ciągle przybywa…

    W głowie…ten jest najgorszy bo nie da się tak po prostu zobaczyć, co zawadza i wyrzucić…

    Przyznaję się, nie panuję nad ilością rzeczy jakie mnie otaczają. Wiadomo, że od czasu do czasu trzeba usiąść, zebrać się i wszystko uporządkować. Wywalić, zrobić miejsce na nowe, poukładać tamatycznie, kolorystycznie, chronologicznie…i wówczas jest miło, tak na chwilę, bo zaraz znowu następuje kolejna kumulacja…

    Najtrudniejszy do zniesienia jest chyba mentlik psychiczny, bo do niego trzeba sobie wytworzyć dyscyplinę i mechanizmy porządkowania praktycznie codziennie. Nie będę ukrywać, że dużo mojego kontaktu ze światem odbywa się przez internet. Kontakt z rodziną przez whatsapp, ze znajomymi przez instagram, czerpanie wiadomości o świecie przez social media. Już w zeszłym roku (i było to też moje noworoczne wyzwanie) zredukowałam ilość obserwowanych kont i przeniosłam się na inne media w celu zdobywanie informacji o świecie – radio i podkasty. To mi się całkiem nieźle udało. Niemniej jednak, sama formuła social mediów sprawia, że zawsze, przy każdym otwarciu coś się pojawi, otworzy nową zakładkę w głowie i zostawi w stanie czuwania, często nieświadomie. To jedno z większych wyzwań naszych czasów. Umiejętność i dyscyplina mentalnego porządkowania informacji, żeby w ogóle mieć jeszcze energię na inne ważne rzeczy i po prostu na życie. Nawet nie wiem kiedy, ale nagle mam w głowie serię nagłówków, postów, opinii, z których nic dla mnie nie wynika. Może na chwile dały mi poczucie, że wiem co się na świecie dzieje, choć tak naprawdę nie znam żadnych szczegółów. Nie umiem tego do końca połączyć w całość. Odzywają się tylko impulsy i emocje – „to dobre”, to „niedobre”, to wzbudza strach, a to daje nadzieję, i tyle. Ilość otwartych stron bez przetrawienia, bez pogłębionej refleksji, telepie się w mojej głowie tworząc chaos i podsycając niepokój (anxiety). Nie dotykam tych tematów kiedy się pojawiają, tylko je akumuluję, zużywam masę energii na tę akumulację, a to czego mi trzeba to jakiegoś ujścia, przetrawienia i domknięcia.

    Parę dni temu usiadłam przy stole z Aliną, i od słowa do słowa rozmawiałyśmy, o pracy, o kryzysach, o pomysłach na przyszłość, o filmach, o ludziach…siedziałyśmy i snułyśmy wątek po wątku, powoli od słowa do słowa – łączyłyśmy. Potem uświadomiłam sobie, że ta jedna spontaniczna rozmowa dała mi dokładnie to, czego potrzebowałam, a o czym na co dzień zapominam. W trakcie powolnej wymiany myśli, słuchania i odpowiadania – chaos układał się w całość. Udało mi się przejść przez najróżniejsze idee i wątki, które siedziały mi w głowie i zakumulowały się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wiele połączeń można znaleźć wśród nich – ta scena z filmu, z tym artykułem, z tą rozmową z tą piosenką z tym cytatem…okazało się, że moja uwaga zatrzymywała się (nawet na mikro sekundę) na podobnych wątkach, wszystko oscylowało wokół jakiejś myśli, która się powoli we mnie kreowała. Ale nie byłam w stanie jej ułożyć w całość, bo nie miałam na to czasu i miejsca. A tu nagle, pół godziny, może trochę dłużej, i jedna zaangażowana osoba, wystarczyły, żeby z chaosu wykluł się spokój, i inspiracja.

    Ja wiem, że trudno o takie miejsca i przestrzenie do spokojnej refleksji, a wiem też, że jest to absolutnie niezbędne do normalnego funkcjonowania i nie zwariowania.

    Życzę sobie i Wam, abyśmy znajdywali czas i życzliwe osoby wokół siebie, i pomagali sobie w sobie ten chaos uporządkowywać. Systematycznie domykać tematy, albo przynajmniej trochę je przetrawiać. Bo wtedy od razu lżej i jakoś wszystko inaczej wygląda. Lepiej, spokojniej i łatwiej do życia.

  • Opłatek

    Opłatek

    Święta zawsze były dla mnie ważnym momentem w roku. Szczególnie odkąd wyjechałam z Polski (14 lat temu), świąteczny obiad i gotowanie daje mi poczucie ciepła, bliskości i połączenia z tą tożsamością, która za każdym razem mnie ugruntowuje. Po latach, wiele polskości się ze mnie ulotniło. Wiele musiałam zakwestionować, porzucić, zmienić, żeby być tym kim jestem teraz. Ale świąteczny obiad to jest mój must. Od lat organizuję i gotuję dla znajomych wigilijną fiestę. Czy to będzie małe grono i parę dań, czy wielka uczta na 20 osób, wigilia zawsze być musi. Tak też jest w tym roku.

    Wczoraj usiedliśmy przy stole z pierwszą ekipą, dzisiaj będzie druga. Podwójna celebracja to wyższa szkoła jazdy, ale wartość jaką wnosi do mojego życia jest nieoceniona. W polskim sklepie udało mi się załapać na opłatek, i tak też po raz pierwszy do corocznej celebracji dołączyliśmy dzielenie się opłatkiem. I jak wielkie było moje zaskoczenie, że tak mała rzecz zrobiła taką furorę tego wieczoru, a mnie pozostawiła z refleksją.

    Za naszą namową i zaleceniem, goście przyszli baaardzo głodni. Zanim wszyscy się zebrali i zasiedliśmy do stołu, trochę czasu minęło, więc głód dawał się we znaki. Myślałam, że może już lepiej usiąść i zjeść, ale stwierdziłam, że skoro już mam opłatek to spróbujmy. Wytłumaczyliśmy na czym polega rytuał, że każdy z każdym, że łamiemy, składamy życzenia, zjadamy, itd. Parę osób się nie znało, lub nie widziało od dawna, więc przyjęli tę informację z lekkim niepokojem, acz też z ciekawością. Myślałam, że szybko pójdzie, ale okazało się, że oczekiwane „wszystkiego dobrego” (przynajmniej z mojego dawnego doświadczenia) zamieniło się w moment niezwykłego połączenia i więzi, który zaskoczył wszystkich. Poleciały niejedne łzy, wyszły emocje, a niektóre życzenia weszły na poziom niezwykle głębokich wyznań i refleksji. Było to tak piękne, że nie chciało się kończyć. Kiedy usiedliśmy do kolacji było jakoś inaczej. Jakoś bardziej, mocniej, wdzięczniej. Po kolacji usłyszałam, że był to jeden z piękniejszych momentów wieczoru, a przynajmniej bardzo piękne wprowadzenie, które nadało wyjątkowy ton. A ja zostałam z refleksją, że przecież o to chodzi w tych całych rytuałach i tradycjach. Ten moment, kiedy stoisz z kimś oko w oko, symbolicznie wymieniacie się opłatkiem i jesteś absolutnie skoncentrowana na tej osobie i tym, co ona ma do powiedzenia. I potem zmiana. Patrzysz na osobę i myślisz o tym, co ona dla ciebie znaczy i co chcesz jej od serca przekazać. I masz na to specjalny, dedykowany moment, czy to nie jest piękne? Dodatkowo, podkręceni oczekiwaniem i głodem, byliśmy w dość wrażliwym stanie, nikt do końca nie wiedział co ma mówić, jak to zrobić, więc wszyscy się postarali i dali głos prawdziwym emocjom. No i wyszło intensywnie i pięknie.

    I pomyślałam sobie, że najbardziej ze wszystkiego w życiu lubię te momenty. I że ludziom trzeba dawać czas i przestrzeń, żeby w tych momentach uczestniczyć. I że to nie są i nie muszą być wielkie rzeczy, wielkie wydarzenia zmieniające życie. To mogą być te małe rytuały i chwile, w którym jesteśmy dla siebie i dla innych. Dla tych momentów warto tę całą kolację robić. I ja wiem, że to się gdzieś zapamięta, gdzieś w ciele i dla wielu będzie Tym ważnym i pięknym wspomnieniem.

    Dzielenie się opłatkiem dla wielu ludzi (mnie włączając) nie kojarzy się z tym doświadczeniem i często jest jednym z mniej komfortowych momentów świątecznej kolacji. Kiedy trzeba wysłuchać i wycałować wujków, ciocie i inne osoby, które nic o nas nie wiedzą, złożyć uniwersalne życzenia i przejść dalej…Ale odkąd ja sama organizuję moją Wigilię, która jest całkowicie moja, a ludzie których zapraszam są dla mnie ważni, to różnica jest ogromna. Nagle dzielenie się opłatkiem to coś magicznego, co wyzwala emocje i daje wyjątkowe wprowadzenie do reszty wieczoru. Kiedy jesteś z ludźmi, z którymi chcesz być, kiedy tygodniowy maraton gotowania, choć męczący to robiony z chęci, a nie z musu, jest pretekstem do tego, żeby podzielić się z innymi częścią siebie, swojej kultury i tożsamości w najlepszym wydaniu. Kiedy wszystko nabiera sensu i choć teoretycznie to wiesz, to teraz czujesz w całym ciele po co to wszystko, po co to te rytuały. Kiedy nie możesz być z bliskimi, bo są zbyt daleko, to możesz stworzyć przestrzeń do tego, żeby tę bliskość wskrzesić. Dziś jestem wdzięczna za opłatek, którego od dawna nie praktykowałam, a teraz odkryłam na nowo. Fajnie jest brać z tradycji to, co nam robi dobrze, i robić piękne momenty.

    Dobrych, pięknych chwil Wam też życzę.

  • Motywacja jest z ciała

    Motywacja jest z ciała

    Uwielbiam ten mem.

    Przez ostatnie tygodnie coraz mniej smakuje mi kawa, a raczej, sprawia mniej przyjemności. It doesn’t hit like it used to. Jest to ogromne zaskoczenie, bo ja kawę kocham. Piję dwie kawy dziennie, dość mocne i mam zakodowane w głowie, że to mi pozwala przeżyć dzień. Ignorowałam ten stan, bo przecież jak żyć bez kawy? Co w zamian? Kawa to rytuał, przyjemność, moment na który się czeka, kop do działania. Co może mi to zastąpić?

    No ale też się trochę oszukuję, bo moje wspomnienie o kawie i tym czym zawsze była, już się trochę nie pokrywa z tym jak się czuję teraz. Łapię się na tym, że tej kawy nie dopijam, że się trochę przymuszam, że nie pozostawia mnie w stanie błogości i energii, tylko coraz częściej w napięciu i stresie. Jednak myśl o zmianie jest trudna do przyjęcia.

    Obudziłam się wczoraj o 3am, i tak sobie myślałam o nawykach i motywacji do zmian. Ponieważ lubię zmianę noworoczną, lubię rytuały i zawsze mnie emocjonuje, że zaraz zacznie się coś nowego; ale nie lubię robić tego co wszyscy w tym samym czasie; to jakoś trochę z przypadku, a trochę podświadomie, wprowadziłam w życie parę zmian już w listopadzie/grudniu. I leżąc o tej 3am, nie mogąc spać, i myśląc o tym, że ciężko mi będzie się obudzić rano bez kawy, rozłożyłam trochę moje ostatnie zmiany na części pierwsze.

    Parę tygodni temu zamieniłam 2 kawy na 1 kawę dziennie. I ku mojemu zaskoczeniu, jest mi dużo lepiej, a rytuał kawy, dzięki zmianie jest na nowo ekscytujący, bo piję ją o innej godzinie i bardziej z chęcią niż z powinności. Ta zmiana przyszła do mnie parę tygodni wstecz podczas sesji jogi. Robiliśmy serię powitania słońca w szybkim tempie, przez jakieś 10 minut i moja ukochana instruktorka kwitowała tę serię ruchów słowami

    „Teraz jesteśmy tutaj i nasze ciało buduje naszą energię – Energię do życia. Nie wysyłamy tej energii nigdzie indziej, nie marnujemy jej na myślenie o wszystkim co dookoła, nie wędrujemy myślami. Jesteśmy tu, zatrzymujemy ją dla siebie, ona dalej popycha wszystko, co w nas, to jest nasza energia do życia”

    I ja to poczułam. I poczułam każdą komórką mojego ciała, że energia do życia jest we mnie i, że jestem w stanie ją wyzwolić i wzniecić i, co najważniejsze, zatrzymać w sobie. I mogę to zawsze osiągnąć jeśli nad nią zapanuję i nauczę się nie marnować jej na rzeczy, które nie są tego warte. I tak oto, obudziłam się następnego dnia, rozłożyłam matę obok łóżka i zrobiłam jedno powitanie słońca, myśląc intensywnie o wydobyciu tej energii. I potem kolejne i kolejne. I tego ranka nie zrobiłam sobie porannej kawy, i nie cierpiałam.

    Następnego dnia, to samo, i kolejnego dnia, itd. Ale najważniejsze i najciekawsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że ta mała zmiana zupełnie nic mnie nie kosztowała. Do tego moja poprzeczka zawieszona jest niesłychanie nisko – jedna seria, dosłownie 15 sekund. I tyle. To jest tzw. mikro nawyk i póki co świetnie mi się sprawdza. Nie muszę się do niczego zmuszać, nie cierpię i nie zadaję sobie nawet pytania czy mi się chce czy nie. I praktycznie za każdym razem robię więcej niż 15 sekund, ale wiedząc, że to jest minimum, nie ma wymówek ani nawet zastanawiania się. I najlepsze jest to, że robiąc te powitania w pełnym skupieniu, rzeczywiście czuję tę energię, ona się wyzwala, za każdym razem. To jest moja motywacja. Robię, aż poczuję i robię tyle ile mi potrzeba.

    I jak sobie leżałam wczoraj o 3am i myślałam o tym, to zdałam sobie sprawę, że w motywacji i zmianie (przynajmniej u mnie to tak działa) wszystko zaczyna się od czucia. Najpierw moje ciało dawało mi znać, że potrzebuje energii, potem, że kawa już tego nie zaspokaja, a potem skupiając się i znajdując rozwiązanie na sesji jogi, poczułam, że to jest dokładnie to, czego szukałam i potrzebowałam. 2 lata w terapii też dały mi to najważniejsze narzędzie, jakim jest rozpoznawanie uczuć i stanów w ciele. Bo to właśnie nasze ciała są najlepszym i najważniejszym powodem i motywatorem do wprowadzania zmian. Czy to znaczy, że absolutnie zawsze i codziennie będę wstawać i robić jogę? Nie. Czy to znaczy, że nigdy nie wypiję drugiej kawy? No jasne, że wypiję. Ale ja szukam czegoś innego i na ten moment mi to działa – energia życiowa, która płynie ze mnie i którą jestem w stanie wzbudzić. To małe odkrycie dało ogrom satysfakcji, energii, usprawniło mój poranek i dało na nowo przyjemność z mojej jednej kawy. I przypomniało mi o tym, że nie ma większego szczęścia niż wsłuchanie się w siebie i znalezienie rozwiązań, które są idealnie dla mnie.

    To w ramach preludium do wejścia w nowy rok z nową motywacją.

  • Prezent

    Prezent

    Przyszedł ten czas. Wertując internet w poszukiwaniu prezentów, którymi chcę uszczęśliwić bliskie mi osoby, nachodzi mnie refleksja, że kiedyś z prezentami było łatwiej. Co to za ironia. Teraz, kiedy wybór jest nieograniczony i można kupić Wszystko, a do tego spersonalizować i dopasować do potrzeb, to jakoś coraz trudniej mi to przychodzi. I z jakiegoś powodu, wydaje mi się, że mam z tego coraz mniej frajdy. Co poszło nie tak?

    Po pierwsze Wybór. Wiadomo, im więcej do wyboru tym większa presja. Presja ideału. Na pewno jest coś lepszego, piękniejszego, bardziej w stylu, w lepszej cenie itd. Godziny poświęcone na research, tylko podsycają poczucie winy i świadomość, że gdzieś, zawsze znajdzie się coś lepszego.

    No, ale załóżmy, że już znalazłam. Mam dobry prezent. I co teraz? Czemu nie cieszy mnie to jak kiedyś?

    Nachodzi mnie taka myśl, że odkąd kupowanie prezentów przeniosło się do sieci i zależy od ilości przewertowanych stron internetowych i kont, coś straciliśmy. Kiedy wspominam jak dawniej robiłyśmy sobie prezenty z moimi przyjaciółkami, to najlepszą częścią każdego prezentu była historia okołoprezentowej akcji. Jak doszło do tego, że ten prezent w ogóle się pojawił lub nie pojawił? W wymyślenie, zdobycie i przywiezienie prezentu zazwyczaj zaangażowanych bezpośrednio było co najmniej 6 osób, a pośrednio znacznie więcej. Zawsze był jakiś przypał, zawsze coś poszło nie tak, zawsze była historia. I jeżeli prezent nie dotarł na czas (często) to przynajmniej fakupowi towarzyszyła wybitna historia i to wynagradzało wszystko. Ale taka historia i akcja mogą być tylko możliwe, jeżeli rzeczy dzieją się tu i teraz. Jeżeli jedzie się do sklepu, sklep się zamyka za 5 min i już nie da się nic zamówić, błaga się sprzedawcę, żeby nas przyjął, dzwoni do innych sklepów, szuka, załatwia, widząc nasze zaangażowanie inne postronne osoby też się angażują, przewracamy różne systemy do góry nogami, żeby tylko udało się na JUŻ, bo urodziny za godzinę. I tak oto, prezent, a przynajmniej dobra historią dowozi to, co w prezencie najważniejsze. Czas, zaangażowanie, stres, śmiech, cała fala adrenaliny i emocji, a to wszystko dla Tej osoby, która jest dla nas ważna. To w moim odczuciu jest najlepszy prezent.

    Myślę sobie o tym, bo mam wrażenie, że coraz mniej szczęścia sprawia mi kupowanie i otrzymywanie prezentów. Nie dlatego, że są zupełnie nietrafione, ale właśnie dlatego, że pochodzą z klików, a te coś nam odbierają. Co najbardziej cenię w prezentach? Te ważne i najlepsze prezenty, te które lubię najbardziej, to takie które w danym momencie ustanawiają i utrwalają coś w relacji. Odzwierciedlają to czym jest nasza relacja, ugruntowują to, co zbliża nas ku sobie. To może być śmiech, czułość, intelektualna wymiana, sport, sztuka, duchowe połączenie, itd. Cokolwiek to jest, jest nasze i prezent ugruntowuje nas jako relację czy grupę. Dlatego też jeszcze bardziej niż otrzymywać prezenty, lubię je dawać. Bo to dla mnie moment refleksji. Moment kiedy poświęcam komuś mój czas, i moment, żeby się zastanowić, co ta osoba dla mnie teraz znaczy, i na czym opiera się nasza znajomość? Co nas teraz łączy i trzyma ku sobie? Oczywiście to w idealnym świecie. Kiedy na wszystko ma się czas, energię i można robić tylko rzeczy ważne, potrzebne i głębokie. W praktyce, klik klik. Ale zostawiam tu tę refleksję, żeby pamiętać, co jest dla mnie ważne i dlaczego kiedyś dawanie prezentów sprawiało mi więcej radości i tęsknię za tym odczuciem.

  • Sen nocy letniej

    Sen nocy letniej

    Znowu 3am. Budzę się ze snu. To jeden z tych snów, które mocno się przeżywa. Zaczyna się tak – chcę zdawać do szkoły filmowej, gdzieś w jakimś ważnym mieście w hAmeryce. Przyjeżdżam sama. Zatrzymuję się w pokoju u dwóch młodych dziewczyn, które studiują już na tej uczelni. Są świetne, przebojowe i kreatywne. Od razu łapiemy ze sobą kontakt. Mówią mi, że na pewno się dostanę. Chcę zdawać na montaż, ale na rozmowie kwalifikacyjnej nagle okazuje się, że każą mi robić aktorską improwizację. No i stress straszny, bo ja zupełnie ani w aktorstwo ani w improwizację. Coś tam próbuję, coś wymyślam, ale wiem, że jest tragicznie. Jestem sztywna, zestresowana, zupełnie nie moja bajka. To z tych uczuć jak się stoi nago przed publicznością. Czuję zawstydzenie i upokorzenie. Nic nie wychodzi.

    Na rekrutacji jest dwóch profesorów, takich ważnych i znanych ze świata. Dodają mi inną osobę do towarzystwa i gry. Młody chłopak. Jest świetny, dużo lepiej wszystko mu wychodzi. Próbuję mu dorównać i idzie mi trochę lepiej, ale widzę i wiem, że on jest lepszy. W końcu siadamy na przeciwko profesorów i jest rozmowa. 

    Jeden z nich nagle przypomina mi mojego profesora z socjologii sprzed prawie 20 lat – Aleksandra Manterysa. To był guru od klasycznej teorii socjologicznej. Taki profesor, co wzbudzał respekt i wszyscy drżeli na egzamin ustny u niego. No i teraz siedzę na przeciwko tego profesora, zupełnie nieprzygotowana i mam się pokazać od jak najlepszej strony. Pyta się jak się nazywam. Nagle wszystko obraca się wokół mojego imienia, którego nikt nie jest w stanie wymówić. Jest zainteresowanie. Co ja tu robię? Dlaczego tutaj? Po chwili w jakiś sposób okazuje się, że  ten cały egzamin odbywa się w parku na świeżym powietrzu. Podjeżdża samochód i wychodzą z niego te dwie dziewczyny u których się zatrzymałam. Wprowadzają super atmosferę, żartują z profesorami, oni są zadziwieni, że się znamy. Miny od razu im łagodnieją, atmosfera robi się przyjazna. Nagle chodzi już o coś innego, o relacje, żarciki, o wybadanie czy się polubimy. I wychodzi na to, że raczej tak. 

    3:30 I budzę się ze snu. Nie wiem jak się skończył. Nie wiem czy się dostałam. Ale to już jest o czymś innym. Budzę się nie z lękiem i wstydem, tylko z zupełnie innym poczuciem. Z poczuciem, że znowu mam jakąś misję i plan. Że znowu mi się chce i mogę zacząć coś zupełnie nowego. Że żeby coś zacząć, nie muszę od razu się na tym znać, ani wiedzieć dokładnie, gdzie mnie to poprowadzi. Lecę na fali energii, która mnie ciągnie w nowe i nieznane.

    I budzę się z poczuciem, że wiem co jest moją siłą w życiu. To są relacje i ludzie. Ludzie, którzy mnie niosą i ich energia. Relacje to moja największa broń i siła. Zawsze stawiam je na pierwszym miejscu. Czasem to wychodzi na dobre, czasem nie, ale wiem, że warto. Bo ludzie dają mi siłę do działania. Budzę się i wiem, że jestem tą małą osóbką w wielkim kraju, którego nie do końca czuję, który ciągle jest dla mnie obcy, który ciągle nie chce mi dać pełni skrzydeł, który ciągle wstrzymuje mnie z możliwością pracy, który daje i zabiera, ale który jest moim domem. Kraj, w którym nikt nie potrafi wymówić mojego imienia, ale który mimo wszystko daje mi poczucie, że mogę iść dalej i sięgać po więcej.

    Budzę się ze snu, w którym część mnie, która od dawna jest uśpiona, dostaje nagle skrzydeł i z ekscytacją czeka na nowe. Ze strachem pod pachą, ale idę w to, bo jestem bardzo ciekawa jak ta fala się dalej potoczy. 

  • Niewypowiedziane słowa

    Niewypowiedziane słowa

    Trzecia rano, a może piąta. W sumie kto wie która godzina, którego czasu? Idę do łazienki i nagle uderza we mnie ta cisza. Może dla kogoś to nie jest oczywista cisza, bo przecież w samolocie ciszy nie ma, odgłosy silników, otwieranie, zamykanie luków, jeżdżący wózek, płaczące dziecko. No właśnie, dziecko. A raczej jego brak. To, że dziecka ze mną nie ma czuję każdą komórką swego ciała. To ciało jest trochę w alercie i niepokoju. Czegoś brakuje. Sto procent wytężonej uwagi, dotyk, dotyk, ciągła stymulacja. I nagle w tej łazience myję ręce i myślę sobie, że jestem Sama. W tym dniu wydałam z siebie zaskakująco mało słów. Nie muszę mówić. Nie muszę mówić „siadaj”, „nie dotykaj”, „załóż spodnie”, „spuść wodę”, „umyj ręce”, „tak, musisz umyć ręce”, „nie wyjdziemy jak nie umyjesz rąk”, „poczekaj”, „nie otwieraj drzwi, ja jeszcze musze zrobić siku”, „poczekaj”, „stań tutaj”, „nie dotykaj”, „no weź, nie liż tego”, „już idziemy”…to pewnie bym wypowiedziała w ciągu jednej minuty do zmęczonej, zirytowanej 4-latki, która i tak nadzwyczaj dobrze znosi 9h podróż samolotem. Tym razem tym samolotem lecę sama. Ja sama w moim bizness class. Nie no żart, ja nie potrzebuję biznes class, bo lot przez ocean bez dziecka, to jest taki poziom luksusu, którego nie da wykupić za hajsy czy punkty. 

    Cisza. Słyszę własne myśli. Nawet nie to, że nikt Do Mnie nie mówi, ale Ja sama Nic do Nikogo nie musze mówić. Co za spokój. Zaczynam kumulować słowa, myśli. Robić sobie zapas na później. Czy jest coś takiego jak dzienny limit słów? Na pewno są osoby, które są limitless, ale ja nie. Ja po pewnej ilości słów, porostu już nie mam w sobie więcej. Nie lubię mówić dla mówienia. Nie umiem w small talki i inne grzeczności. A nawet jak już umiem, to nie lubię, nie chcę. Lubię pomyśleć zanim coś powiem. Więc siedzę teraz w tej ciszy i nie mogę się nadziwić ile już niewypowiedzianych słów skumulowałam. Ile zaoszczędzonej energii! No przecież coś z tymi słowami będę musiała potem zrobić. Chyba usiądę i napiszę posta.