three am

Kategoria: Uncategorized

  • Naprawianie

    Pakuję się, bo jutro lecimy do Meksyku. Toczę walkę pomiędzy minimalizmem, a starymi nawykami (na wszelki wypadek, na pewno się przyda!). Nagle, wpadł mi w oko aparat Miji. Taki wiecie, mini aparacik dla toddlera. Mia uwielbia robić zdjęcia i mamy w tym aparacie już z 600. Jakieś 50 z nich to różne ujęcia jej ulubionego jednorożca, inne 37 to stopy, buty, dziwne kadry, wiecie jak jest. Ale jest też sporo pięknych i słodkich momentów. Czasem sobie te zdjęcia przegląda i widać, że uwielbia wracać wspomnieniami do jakiegoś wyjazdu, jakiegoś momentu, to są jej wspomnienia, które przeżywa sobie po parę razy właśnie dzięki tym zdjęciom.

    Zauważyłam, że jakiś czas temu przestała robić zdjęcia. Czasem jej proponuję aparat i niby chce, ale zaraz potem go odkłada. I jakoś niedawno zdałam sobie sprawę, że to się stało mniej więcej w tym czasie, kiedy przy jakiejś zabawie urwał się „zaczep” na smycz. Niestety urwał się tak, że nie da się go ani przykleić, ani nie ma jak tej smyczy inaczej zawiesić. Ponieważ już nie może go powiesić na szyi, mieć przy sobie, to trudniej jej z niego korzystać.

    Pakuje się i patrzę na ten mały aparacik i myślę sobie, że super by go było zabrać, bo będzie mogła sobie zrobić zdjęcia z ciocią i babcią i w ogóle w Meksyku jest tyle do zapamiętania i przeżywania! No i siedzę z tą smyczą i tym aparatem i kombinuję…i serio Nie Ma Jak. Nie jestem zbyt dobra w takie rozwiązania, więc pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to może kupić nowy? To była dość tania zabawka i nie jest to nic wielkiego, więc czy warto? Ale z drugiej strony aparat świetnie działa poza tą zaczepką, więc czy chcę dokładać się do i tak wyjętego spod kontroli konsumpcjonizmu? To może po prostu sobie darować i nie brać? Ale to też nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. I nagle, rozglądam się po pokoju i mój wzrok pada na włóczkę. Myślę sobie, może mogę zrobić taki koszyczek a la macrame i doczepić tę smycz? Ale aparat jest na tyle malutki, że ta włóczka może być zbyt dominująca i zakryć wszystko razem z ekranem. Grzebię w moim koszu różnych arts&crafts i znajduję idealną nitkę, mocną i do tego brokatową, która może się nadać! No wreszcie! Nikta, która leży w koszu 10 lat PRZYDAŁA SIĘ! (LOL) Pochłania mnie projekt, bo tego typu rękodzieła lubię i zaczynam kombinować, wiązać mikro supełki, obkręcać, więcej supełków, żeby wytrzymało ilość uderzeń i wyzwań, jakie dziecięca wyobraźnia z pewnością zapoda…i oto jest! Na koniec zaczepienie smyczy i się udało! Nie jest to rozwiązanie piękne, nie jest idealne, nie wiem nawet czy zostanie zaakceptowane przez szefową, ale skutecznie rozwiązało mój problem. Bez niepotrzebnej konsumpcji, bez rezygnacji, a do tego dało mi jeszcze poczucie kreatywnej satysfakcji.

    I dało do myślenia…Jak mało w dzisiejszych czasach dajemy sobie pozwolenia i przestrzeni na kreatywne podejście do problemów. Konsumpcja jest na wyciągnięcie ręki. Zawsze można coś kupić, dokupić i zamienić. Jest to tak łatwe i relatywnie tanie, że nawet się nie zastanawiamy. I też jest to rozwiązanie najbardziej zbliżone do „ideału”. Kupić nowy aparat – czyli mieć to samo, w nienaruszonym stanie. Albo ba, nawet może już jest jakiś nowy, lepszy model? Czyli mieć coś Lepszego! Kusi, nieprawdaż? Bo przecież lepiej mieć ładne, nowe, nienaruszone, całkowicie działające. Naprawianie rzeczy, które i tak są tanie i Made in China, brzmi dość…groteskowo? Bez sensu? Strata czasu? „Spędzę więcej cennego czasu na naprawę, a i tak się zepsuje..” Inni powiedzą – kupować lepszej jakości! Droższe, „nie stać mnie na tanie rzeczy”. Ale czasem wcale nie trzeba kupować drogich rzeczy, szczególnie dla dzieci, które i tak je zniszczą, zgubią, a drogie i „dobre” rzeczy tak samo się psują.

    Wychodząc z tej gonitwy przekonań, co jest „lepsze” i jakie rozwiązanie będzie najbardziej poprawne, szybkie, efektywne, ekologiczne, edukacyjne itd., skupiam się na samej przyjemności naprawiania…A nawet bardziej na daniu sobie przyzwolenia na to, żeby usiąść, sfrustrować się (nie da się naprawić!), już prawie rzucić w cholerę, ale w końcu znaleźć rozwiązanie i zrobić po swojemu. I mieć jeszcze z tego frajdę. Bez ideologii, bez oczekiwań, że to OTO najlepsze rozwiązanie, bez myślenia co inni pomyślą i bez jakiejkolwiek oceny efektu. To, co poczułam to jakiś rodzaj zaufania do siebie. Że kiedy dam sobie czas i przestrzeń, to jestem w stanie znaleźć rozwiązanie, na swoją miarę, swoje możliwości, zaczerpnąć ze swoich zasobów i jeszcze się nim rozkoszować. Żyjąc w świecie, gdzie mamy dostęp do tylu idealnych (zewnętrznych) rozwiązań, tak mało pozostawiamy miejsca na zaufanie sobie samym – naszej kreatywności, inteligencji, intuicji i po prostu zabawie. W efekcie jest fajnie i lekko.

    Ps. Szefowa zaakceptowała i zapakowała do plecaka.

  • Zacząć od nowa

    Nie ma lepszego uczucia na świecie niż tworzenie. Kiedy czas się zatrzymuje, a Ty nie możesz przestać. Kiedy poprawiasz coś 120 razy, żeby było jak najlepsze. Kiedy szukasz godzinami idealnego rozwiązania, kiedy krew Ci buzuje z emocji, zmęczenia, ekscytacji, przerażenia i podniecenia na raz. Tak właśnie było z tym dokumentem.

    Od września zeszłego roku chodzę na zajęcia na community college z montażu i robienia filmów. Jestem właśnie po dwóch semestrach i nie mogę się doczekać kolejnych. W montażu jest coś co daje mi absolutną satysfakcję i ekscytację. Jest w tym też coś z pisania artykułów naukowych (nad którymi zawsze się męczyłam), tylko inaczej i o niebo lepiej. Przede wszystkim historia. Układanie historii, to moje absolutnie ulubione zajęcie. Szukanie, kreatywne rozwiązania, wykreślanie, zestawianie, narracja. Potem składanie, kombinowanie. Potem muzyka, szukanie emocji, jak to wszystko ułożyć, żeby dawało kopa. A możliwości jest nieskończona ilość. Składanie chaosu w historię. To jest coś absolutnie wspaniałego, najwyższy stopień kreatywności!

    To tej pory, zajmowałam się tym tylko na poziomie słowa. Kiedy robiłam swoje badania, przeprowadzałam wywiady, argumentowałam teoriami, układałam tak, żeby oddać ludzkie przeżycia jako część większej całości, większego systemu. To było zawsze trudne zadanie, ale słowo prowadziło wszystko. Dokument, to trochę to samo, ale jest zupełnie nowa forma, nowe narzędzia do przekazania historii – obraz i dźwięk! To jest jak nauka zupełnie nowego języka od podstaw. I nie chodzi tylko o naukę programu, obróbki dźwięku (oj jeszcze słabo u mnie z tym), ale to nowy rodzaj opowiadania. W obrazie można zawrzeć więcej niż w słowie. Ba, w ogóle nie trzeba słów! Co to jest za niezwykłe narzędzie!

    No i tak właśnie zaczynam. Po raz kolejny zupełnie od nowa. Nowa branża, nowa dziedzina, nowa kariera, nowe życie. I piszę o tym dlatego, żeby pokazać, że mając prawie 40 lat, można zacząć coś zupełnie nowego i można nawet mieć nadzieję i marzenie, że to może być Twój kierunek na życie. Zawsze inspirowały mnie osoby, które postanawiają zmienić wszystko i iść za pasją. I właśnie o takich osobach myślałam zapisując się na moje pierwsze zajęcia i decydując się na zrobienie tego dokumentu, po jedynie kilku miesiącach nauki montażu. Myślałam o koleżance, która była pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym przez lata, po czym zdecydowała się zacząć studia graficzne i teraz robi absolutnie przepiękne ilustracje i jest z tym i w tym szczęśliwa. Za każdym razem kiedy je oglądam, to cieszę się, że podjęła tę decyzję, bo dzięki temu mogę (i inni mogą) nacieszyć oko czymś pięknym i to mi robi dzień. Myślę o innej koleżance, która była dziennikarką i zdecydowała się podjąć studia psychologiczne i teraz jest terapeutką. Ile dobra wniesie do świata! Myślę o każdej osobie, która zamiast tkwić w czymś co ją męczy i nie daje satysfakcji, wybiera drogę nieznanego, ale twórczego działania. To jest bardzo trudna ścieżka. Iść w nieznane. To jest ogromne ryzyko. To jest samotność i strach. Dopiero, kiedy wszystko się układa społeczeństwo przystaje na Twoją decyzję. Dopiero kiedy zaczynasz odnosić sukcesy, kiedy zaczynasz zarabiać, kiedy zaczyna być stabilnie, inni akceptują Twój wybór. Bo kiedy się decydujesz, jesteś sama ze swoją decyzją, strachem i niepewnością. Więc chylę czoło wszystkim, którzy decydują się na zmiany, którzy dźwigają brzemię nieuniknionej porażki, godziny, tygodnie, lata nauki od zera, nieprzespane noce, ciągnięci marzeniem o spełnieniu i życiu dla siebie i po swojemu.

    Nie ma piękniejszego stanu niż robienie czegoś dla siebie, wsłuchanie się we własne ciało, marzenia, emocje i danie tym emocjom ujścia.

    Mój pierwszy dokument ma co najmniej kilkaset błędów. Za każdym razem kiedy go oglądam widzę kolejną rzecz do poprawki. Widzę gdzie mi coś umknęło, gdzie jest literówka, gdzie jest za głośno i gdzie kolory słabe. Gdzie mogłoby być krócej, gdzie nie wyszło do końca tak jak chciałam. Ale też daję sobie taryfę ulgową. To mój pierwszy dokument i jestem z niego dumna. Bo każda minuta, którą nad nim spędziłam była pełna emocji. Stworzyłam go od początku do końca, tak jak umiałam, jak czułam i (prawie) jak chciałam. Ze wszystkimi ograniczeniami, jakie były dookoła. Ale dowiozłam na czas i jest. I myślę, że ze wszystkimi niedociągnięciami jest piękny, i to chodziło. Bo nie ma piękniejszego stanu niż odnalezienie swojego głosu.

  • Keczap

    Do dzisiejszej myśli skłonił mnie brak. A konkretnie brak keczapu. Nie mam pojęcia jak napisać keczap (katchup, ketchup?) więc piszę jak mówię. Mam teraz wielką fazę na zapiekanki i od jakiegoś czasu próbuję różne pieczywa, sery i metody, żeby móc zrobić idealną zapiekankę. Oczywiście nie da się zrobić tak idealnej jak ta z Lussi o 3 am przy Dworcu Centralnym, ale przynajmniej taką co to zaspokoi głód i ukoi nostalgię.

    Dzisiejsza zapiekanka stanęła pod znakiem zapytania, bo oto zabrakło w domu keczapu. Nie miałam czasu, żeby jechać do sklepu, a wszystkie inne składniki były, więc zaczęłam kombinować. Jak zrobić keczap w 5 min? Albo czym go zastąpić? Znalazłam chipotle-mayo, co pewnie nie byłoby najgorszym pomysłem, ale jakoś nie było mi po drodze z eksperymentami, chciałam coś bardziej tradycyjnego, kojącego. Usmażyć i zredukować pomidory też bym mogła, ale trochę krucho z czasem, no i jednak musiałyby ostygnąć, bo jedną z ważnych cech zapiekanki jest zimny keczap, a nie gorący keczap. Różnica temperatur. No i wreszcie znalazłam! Pasta pomidorowa z Trader Joes. Organiczna, nieprzeterminowana (!) Zapiekanki weszły do piekarnika, po wyjęciu, nałożyłam pastę. Nie dało się zrobić ładnych keczapowych szlaczków, ale po rozsmarowaniu, smak był genialny! Chyba nawet lepszy niż keczap! Bardziej cierpki, kwaskowaty, no super!

    I ta cała bardzo poważna sytuacja, uświadomiła mi coś ważnego w rozważaniach na temat sztucznej inteligencji, kreatywności i pracy. LOL, już rozwijam.

    Wszystkie narzędzia sztucznej inteligencji dają nam dostęp do nieograniczonych możliwości. Możesz stworzyć absolutnie wszystko, dopasować pod siebie, dopieści każdy szczegół tak, aby jak najlepiej określał Ciebie i to, czego potrzebujesz. Ale problem polega na tym, że siedząc przed obietnicą stworzenia czegoś nowego i bez jakichkolwiek ograniczeń, popadamy w panikę. Nie mamy żadnego punktu oparcia, a świadomość, że można wszystko, jest dość paraliżująca. To nie jest narzędzie do kreatywności. To jest katorga. To totalnie zabija kreatywność. To, co tak naprawdę daje nam poczucie spełnienia i tworzenia – to nasze ograniczenia. A konkretniej, kiedy uda nam się przejść jakieś ograniczenie i zrobić coś, pomimo braku wystarczających środków, wiedzy, czy narzędzi. To prawdziwy trud daje nam prawdziwą satysfakcję. Czy byłabym tak samo szczęśliwa gdybym zjadła zapiekankę, mając do wyboru nieograniczoną ilość keczapów do spróbowania? Po pierwsze musiałabym wszystkie otworzyć, każdego spróbować po trochu, porównać, zapamiętać w którym było dobre, co złe, a na koniec i tak bym była nieusatysfakcjonowana, bo pewnie był jeszcze jakiś inny keczap, którego nie kupiłam, a który byłby najlepszy. Pułapki kapitalizmu i nadmiaru. To, co sprawiło, że moja zapiekanka była najlepsza, to to, że z braku (keczapu) i trudu (szukania zamiennika), udało mi się kreatywnie wykombinować zastępnik, który dodał do mojego doświadczenia coś zupełnie nowego. Może nie było to, aż tak zaskakujące, bo jednak pasta pomidorowa, to prawie jak keczap, ale tu chodzi o całe doświadczenie rozwiązywania problemu. To nie nieograniczone możliwości dają satysfakcję, a umiejętność kreatywnego myślenia przy braku idealnego rozwiązania. To ograniczenia są najlepszym sprzymierzeńcem kreatywności. I to one pozwalają nam poczuć to cudowne uczucie satysfakcji. Dlatego jestem z teamu, że AI to bańka, która powoli będzie pękać. Przynajmniej jeśli chodzi o kreatywność.

  • Nadmiar

    Nadmiar mam wszędzie…

    W lodówce, kupuję, nie zdążam przejeść, wyrzucam…

    W szafie, kupuję, potem czyszczę, oddaję, robię miejsce i znowu się zapełnia…

    W zabawkach, nawet nie wiem kiedy kupuję, albo inni kupują, i nagle już nie ma gdzie upchać, robię ciągle rewizję i ciągle przybywa…

    W głowie…ten jest najgorszy bo nie da się tak po prostu zobaczyć, co zawadza i wyrzucić…

    Przyznaję się, nie panuję nad ilością rzeczy jakie mnie otaczają. Wiadomo, że od czasu do czasu trzeba usiąść, zebrać się i wszystko uporządkować. Wywalić, zrobić miejsce na nowe, poukładać tamatycznie, kolorystycznie, chronologicznie…i wówczas jest miło, tak na chwilę, bo zaraz znowu następuje kolejna kumulacja…

    Najtrudniejszy do zniesienia jest chyba mentlik psychiczny, bo do niego trzeba sobie wytworzyć dyscyplinę i mechanizmy porządkowania praktycznie codziennie. Nie będę ukrywać, że dużo mojego kontaktu ze światem odbywa się przez internet. Kontakt z rodziną przez whatsapp, ze znajomymi przez instagram, czerpanie wiadomości o świecie przez social media. Już w zeszłym roku (i było to też moje noworoczne wyzwanie) zredukowałam ilość obserwowanych kont i przeniosłam się na inne media w celu zdobywanie informacji o świecie – radio i podkasty. To mi się całkiem nieźle udało. Niemniej jednak, sama formuła social mediów sprawia, że zawsze, przy każdym otwarciu coś się pojawi, otworzy nową zakładkę w głowie i zostawi w stanie czuwania, często nieświadomie. To jedno z większych wyzwań naszych czasów. Umiejętność i dyscyplina mentalnego porządkowania informacji, żeby w ogóle mieć jeszcze energię na inne ważne rzeczy i po prostu na życie. Nawet nie wiem kiedy, ale nagle mam w głowie serię nagłówków, postów, opinii, z których nic dla mnie nie wynika. Może na chwile dały mi poczucie, że wiem co się na świecie dzieje, choć tak naprawdę nie znam żadnych szczegółów. Nie umiem tego do końca połączyć w całość. Odzywają się tylko impulsy i emocje – „to dobre”, to „niedobre”, to wzbudza strach, a to daje nadzieję, i tyle. Ilość otwartych stron bez przetrawienia, bez pogłębionej refleksji, telepie się w mojej głowie tworząc chaos i podsycając niepokój (anxiety). Nie dotykam tych tematów kiedy się pojawiają, tylko je akumuluję, zużywam masę energii na tę akumulację, a to czego mi trzeba to jakiegoś ujścia, przetrawienia i domknięcia.

    Parę dni temu usiadłam przy stole z Aliną, i od słowa do słowa rozmawiałyśmy, o pracy, o kryzysach, o pomysłach na przyszłość, o filmach, o ludziach…siedziałyśmy i snułyśmy wątek po wątku, powoli od słowa do słowa – łączyłyśmy. Potem uświadomiłam sobie, że ta jedna spontaniczna rozmowa dała mi dokładnie to, czego potrzebowałam, a o czym na co dzień zapominam. W trakcie powolnej wymiany myśli, słuchania i odpowiadania – chaos układał się w całość. Udało mi się przejść przez najróżniejsze idee i wątki, które siedziały mi w głowie i zakumulowały się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wiele połączeń można znaleźć wśród nich – ta scena z filmu, z tym artykułem, z tą rozmową z tą piosenką z tym cytatem…okazało się, że moja uwaga zatrzymywała się (nawet na mikro sekundę) na podobnych wątkach, wszystko oscylowało wokół jakiejś myśli, która się powoli we mnie kreowała. Ale nie byłam w stanie jej ułożyć w całość, bo nie miałam na to czasu i miejsca. A tu nagle, pół godziny, może trochę dłużej, i jedna zaangażowana osoba, wystarczyły, żeby z chaosu wykluł się spokój, i inspiracja.

    Ja wiem, że trudno o takie miejsca i przestrzenie do spokojnej refleksji, a wiem też, że jest to absolutnie niezbędne do normalnego funkcjonowania i nie zwariowania.

    Życzę sobie i Wam, abyśmy znajdywali czas i życzliwe osoby wokół siebie, i pomagali sobie w sobie ten chaos uporządkowywać. Systematycznie domykać tematy, albo przynajmniej trochę je przetrawiać. Bo wtedy od razu lżej i jakoś wszystko inaczej wygląda. Lepiej, spokojniej i łatwiej do życia.