Nie pamiętam kiedy się to zaczęło, ale czasem przebudzam się w środku nocy, otwieram oczy, patrzę na zegar i jest trzecia rano (trzecia w nocy?). Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu odkryłam, że właśnie ta trzecia am to jest moja godzina. Tylko moja i tylko dla mnie. O trzeciej am jest cisza, cisza absolutna. Jestem tylko ja i moje niczym niezmącone myśli. O trzeciej am nie przychodzą do mnie zmartwienia, problemy, niepokoje, za to jest jasność. O tej godzinie mój umysł jest tak spokojny jak nigdzie indziej, a moje myśli są czyste, jasne i zadziwiająco poukładane. Czasem się przebudzam i nagle po prostu wiem. Coś co mnie zatrważało i przerażało przez ostatnie dni, staje się zupełnie proste. O trzeciej am układałam argumenty do moich artykułów, odpowiadałam sobie na pytania o sens życia, miłość, pracę, o trzeciej am wymyślałam nowe teorie na temat życia i stawiałam sobie nowe postanowienia. Bo ta godzina nie jest od przyziemnych rzeczy typu ‚nie wiem co ugotować na obiad?’. Ale już jest od pytań typu ‚dlaczego ciągle gotuję to samo? gdzie się podziała moje kreatywność? dlaczego gotowanie nie sprawia mi tyle przyjemności co kiedyś?’. Bo trzecia am jest moją rozmową z samą sobą, bez chaosu, bez niekończącego się natłoku myśli, bodźców i głosów, bez wahań i strachu. To moja medytacja, moja przestrzeń, czuję, że o mojej trzeciej am jestem najbardziej sobą i u siebie, nie potrzebuję nikogo i niczego, tylko siebie. I nie, nie zdarza się to codziennie. Czasem parę razy w tygodniu, czasem parę w miesiącu. Na początku było to rzadkie, do momentu aż zdałam sobie sprawę z mocy i potrzeby jaką miałam, aby tam być. Tam, czyli u siebie. Teraz kiedy się przebudzam w nocy, to wiem, że to po to.
Nagle, w trakcie jakiejś pięknej myśli, która właśnie owładnęła mój umysł i prowadzi mnie w kierunku kolejnej iluminacji, słyszę otwierane na dole drzwi i już wiem…już wiem, że to koniec na dziś. Potem małe kroczki po schodach i bieg od schodów do drzwi sypialni. Tupot małych nóżek bardzo efektywnie kończy dywagacje o stanie mojej duszy. Trzask drzwi, wspinanie się do łóżka, a ja automatycznie odkrywam kołdrę, żeby zaraz wskoczyła po nią poczwarka z lodowatymi nóżkami, które położy na moim udzie (jak dobrze pójdzie) lub prosto na brzuchu, który jest mięciutki i ciepły, dając mi przy tym dreszcz, który przejdzie przez całe moje ciało. I tak wszystko się kończy, bo właśnie znów zmierzam się z chaosem, nie jestem już sama, a i tak jest późno więc muszę zasnąć bo za parę godzin trzeba się budzić do życia.
Piszę, bo mój niczym nieskalany umysł z trzeciej am powiedział mi, że mam to robić. Nie mam wielkich motywów ani celów. Piszę, żeby złapać te momenty kiedy wszystko wydaje się jasne i proste, bo chcę sprawdzić, czy rzeczywiście takie może być i czy da się je przełożyć na bardziej namacalne życie. Czy myśli mogą wyjść poza ten dziwny medytacyjny, liminalny stan z trzeciej am? Postanowiłam spróbować…

Dodaj odpowiedź do Idzie Wiosna Anuluj pisanie odpowiedzi